czwartek, 31 marca 2016

Dzieje dobroczynności w Wilnie

Działalność filantropijna w Wilnie w pierwszej połowie XIX wieku rozwijała się bardzo intensywnie i stała się wręcz towarzyską modą. Wielkie zasługi miało w tym dziele Towarzystwo Dobroczynności, skupiające najzamożniejszą i najznakomitszą warstwę obywateli miasta. Towarzystwo prowadziło dom i dostarczało posiłki dla ubogich (tzw. 1. wydział), oraz świadczyło bezpłatną pomoc prawną i rozjemczą (tzw. wydział 2). Ale najciekawsza z mojego punktu widzenia była inicjatywa dr. Józefa Franka, profesora medycyny na Uniwersytecie wileńskim, który po raz pierwszy w Wilnie zorganizował bezpłatną pomoc lekarską i farmaceutyczną dla ubogich, początkowo świadczoną odrębnie, a w końcu włączoną jako tzw. wydział 3. Towarzystwa Dobroczynności.

W periodyku "Dzieje Dobroczynności" z 1820 roku czytamy: 
"Wedle ustaw Towarzystwa, do wydziału trzeciego należy bezpłatne dostarczanie ubogim rady medyczney i lekarstw, a fundusz z koncertów amatorskich na jego dochód był wyłącznie po dawnemu zostawiony. Pierwszy zawiązek Towarzystwa nastąpił w dniu 7 kwietnia 1807, a zwyczay dawania takich koncertów na fundusz pomocy lekarskiey dla ubogich, zaprowadzony już był w mieście naszem od początku roku 1805. Ponieważ w tem oprócz ważney przysługi dla cierpiącey ludzkości, zawierają się jeszcze i inne względy dla kraju pożyteczne, przeto ściągające się do tego okoliczności warte są osobliwey uwagi."

"W Wilnie na dniu 16 stycznia 1805 roku wyprawił Pan Frank najpierwszy koncert na rzecz szpitala sióstr miłosierdzia, i przez taką pomoc spodziewał się przyprowadzić go do lepszego porządku. Nie powiodł się jemu ten zamiar, ponieważ siostry odebrawszy pieniądze, oświadczyły, że same rozrządzą niemi jako swoją własnością, obracając na oplatę długów i na poprawę kaplicy: a tak nic nie przybyło dla chorych i szpital pozostał w dawnieyszym stanie. Co tym bardziey zniechęciło pana Franka, że summa otrzymana z koncertu była cale znaczną...

Po niepowodzeniu z siostrami Frank obmyślał inny sposób na objęcie ubogich opieką medyczną. Wkrótce przedstawił swój nowy projekt biskupowi wileńskiemu Janowi Kossakowskiemu w następującym piśmie z 27 lutego 1806 roku:
"... Przedkładam więc:
1). Ażeby dziesięć do dwunastu osób, ożywionych jednaką gorliwością, złączyło się i uformowało Towarzystwo , które mogłoby się nazywać Towarzystwem filantropicznem.
2). Ażeby to towarzystwo miało tym czasowie na celu dostarczenie bezpłatne lekarstw dla ubogich Wilna.
3). Ażeby każdy członek tego Towarzystwa zbierał na to przeznaczenie składkę pomiędzy znajomemi sobie osobami, i ażeby dochód z koncertów amatorskich stanowił tymczasowy fundusz tej kassy.
"

"Zastanówmy się teraz - pisał Frank do abp. Kossakowskiego - nad sposobem udzielania tey dobroczynney dla ubogich pomocy. Ja obowiązuję się wyznaczyć dwa dni w tygodniu, ażeby wszyscy chorzy opatrzeni od plebanów w świadectwa o swojem ubóstwie, przychodzili w godzinach pewnych do kliniki dla odbierania mojey rady. Examinować ich będę w obecności uczniów. Do protokołu zapiszą się ich imiona, mieysca pomieszkania itd., równie jak charakter chorób, jakiemi będą dotknięci. Zapiszę im prócz tego potrzebne lekarstwa, po które udadzą się do apteki akademickiey, a ta podawać będzie co miesiąc Towarzystwu rachunek, za którym odbierze od niego wypadającą zapłatę."

"W tymże 1807 roku, biskup Kossakowski, przywodząc do skutku założenie towarzystwa dobroczynności w Wilnie, żądał po Panu Franku, ażeby instytut swój połączył z tem towarzystwem, składając jego Wydział trzeci. A chociaż widział Pan Frank, że tym sposobem, instytut ten, jego pracą i staraniem utworzony i utrzymywany, miał połączyć się z innym zakładem obcym dla niego, okazał się jednak powolnym na naleganie biskupa, w przekonaniu snać, że większą znaydzie przed Bogiem zasługę, pracując pod cudzem imieniem i wyrzekając się wszystkiego, co utrzymywanie własnego zakładu, może mieć w sobie pochlebnem dla szczególney osoby. Nie dosyć tego. Nie tylko zgodził się na połączenie instytutu swojego z towarzystwem dobroczynności, ale obiecał nawet dać jemu większą rozciągłość, zakładając nowy instytut wakcynacji, i drugi jemu podobny przeznaczony do dawania. wsparcia niewiastom połogowym, pod tytułem instytutu macierzyństwa."

To jest dopiero początek XIX wieku, a tak wiele nowoczesnych rozwiązań. Mamy więc i zaświadczenie ubóstwa, upoważniające do bezpłatnych świadczeń, i dydaktykę w postaci udziału studentów w badaniu chorych, i refundację leków przez instytucję zasilaną ze składek, i upowszechnianie szczepień ochronnych, i objęcie ciężarnych i położnic fachową opieką medyczną.

Piszę o tym nie tylko dlatego, że jest to imponujące świadectwo stanu medycyny w Wilnie przed ponad dwustu laty, i świadectwo działalności Józefa Franka, wielkiego umysłu związanego z wileńskim Uniwersytetem, współzałożyciela Wileńskiego Towarzystwa Lekarskiego. Piszę, bo moja rodzina także aktywnie uczestniczyła w tym dziele, finansowo, rzeczowo i własną pracą. Aptekarz Jerzy Gutt był członkiem 3. wydziału w latach 1819-1821 i bezpłatnie corocznie przekazywał Towarzystwu leki o wartości 45 rubli srebrem, jego żona Teresa była członkinią Instytutu Macierzyństwa i opłacała składkę roczną 50 rs., ich syn Ferdynand, późniejszy towiańczyk,  był lekarzem opiekującym się chorymi w domu szpitalnym Towarzystwa. Zięć Jerzego i Teresy Guttów, Mikołaj Malinowski, był przez długie lata redaktorem pisma "Dzieje Dobroczynności". A w dodatku pierwszy redaktor tego periodyku, znany wileński typograf, Antoni Marcinowski, był ojcem Ludwiki Ilcewiczowej, mojej prababki (ale było to już pięćdziesiąt lat później i nie w Wilnie).  








środa, 3 lutego 2016

Genetyczna podróż przez wieki

Genealogia, jak by jej nie definiować, sprowadza się do dziedziczenia. Każdy z nas dziedziczy po swoich przodkach. Nawet jeśli ich nie znamy, nawet jeśli nie przekazali nam majątku, dokumentów, kultury - to zapisali w nas coś ważniejszego, mamy ich geny. Postęp techniczny sprawił, że od jakiegoś czasu możemy w tych genach czytać jak w archiwach, i dowiadujemy się o swoim rodzie często zadziwiających rzeczy.
Genealoga najbardziej pasjonują linie skrajne. Pierwsza to linia ojcowska, prowadząca od ojca do synów, a od synów do ich synów, i tak przez kolejne pokolenia. Od niedawna, bo od kilku wieków zaledwie, z linią ojcowską wiąże się dziedziczenie rodowego nazwiska. Drugą linią skrajną jest linia macierzyńska - prowadząca od matki do jej córek, i tak przekazywana dalej.
W badaniach nad dziedziczeniem genów zauważono, że linia ojcowska jest tożsama z dziedziczeniem chromosomu Y. Wszystkie mutacje, jakie pojawiały się i były dziedziczone przez kolejne pokolenia mężczyzn pochodzących od wspólnego przodka, są zapisem ich linii genealogicznych trwalszym, niż dokumenty archiwalne, a przede wszystkim sięgającym w przeszłość dalej, niż jakiekolwiek dokumenty pisane przez człowieka.
Dlatego spróbuję opowiedzieć, czego w tych genach dowiedziałem się  o najdawniejszym moim przodku, który urodził się mniej więcej 18 tysięcy lat temu, gdzieś na stepach środkowej Azji, z mutacją, zwaną dzisiaj R1a. W Europie kończył się właśnie cieplejszy okres drugiego pleniglacjału i wchodziliśmy w czas późnego glacjału. Polowaliśmy na mamuty, spotykaliśmy jeszcze naszych kuzynów neandertalczyków. 

 Rys. 1 Moja linia genetyczna (czerwony kolor). https://www.facebook.com/groups/R1a1a/

Na szczęście ostatnie zlodowacenie właśnie kończyło się, kiedy mniej więcej 14 tysięcy lat temu na świat przyszedł kolejny mój przodek, chłopiec z mutacją R1a-M448. Zaczynała się piękna era kamienia łupanego, początek holocenu, ery współczesnej.
A gdy minęło kolejnych 6 tysięcy lat, urodził się jego prawnuk z mutacją R1a-M198 (inaczej określaną jako R1a1a). Były to czasy istnienia kultur proto-miejskich w Anatolii, dobrze rozwiniętych i ludnych. Niestety, moi przodkowie już wtedy mieli do czynienia z ociepleniem klimatu i stepowieniem środowiska, toteż w poszukiwaniu lepszych miejsc do życia ruszyli szlakiem nad Morzem Czarnym w kierunku Europy. Europa, jak zwykle, była nieprzygotowana do przyjęcia tłumu uchodźców. Wtedy to, około roku 4500 p.n.e. urodził się kolejny mój pradziad, z mutacją R1a-M417, którego synowie byli już w pełni Europejczykami. Dalej posłużę się tekstem internauty z portalu historycy.org (http://www.historycy.org/index.php?showtopic=72935&st=15), który dość wyczerpująco opisał losy moich przodków po 4500 r. p.n.e.

"Dla klanu R1a-R1a1a można więc już nakreślić taką linię rozwoju i migracji:
Hotu Cave - co najmniej 20000 lat temu, Hotu przedceramiczne - 10000 lat temu, Catal-Hoyuk (Anatolia) - 6900 p.n.e.
KCWR (kultura ceramiki wstęgowej rytej) - 5500-... p.n.e.
KCWK (kultura ceramiki wstęgowej kłutej) - 4600-4400 p.n.e.
KPL (kultura pucharów lejkowatych) - 4000-2700 p.n.e.
KCSz (kultura ceramiki sznurowej) - 2900-2350 p.n.e.
 
Kultura ceramiki wstęgowej rytej (KCWR) - przybycie R1a1a z Anatolii nad Dunaj.
Uważa się, że pierwsze neolityczne kultury pojawiły sie na Bałkanach w czasie od 7000-6000 p.n.e. (grecka Nikomedia, Lepiński Wir, Wincza). Odpowiada to wiekowi R1a1a w tym rejonie. W Serbii, w miejscowości Białowoda, związanej z kulturą Vincza, najstarsze wyroby z miedzi datowane są na około 5000 lat p.n.e. Biorąc pod uwagę ten czas, można dopatrzyć się pochodzenia przerobu miedzi z Catal-Hoyuk. Naddunajska kultura ceramiki wstęgowej rytej (KCWR) rozwija sie w latach 5500-4500 p.n.e. i przechodzi ona w kulturę ceramiki kłutej (KCWK) w dorzeczach Łaby i Wisły. Rozprzestrzeniła się od południowo-zachodniej Ukrainy aż poza Ren, blisko Paryża. Z KCWR związane są inne "naddunajskie" kultury: Rossen, Lendziel, Cucuteni-Trypolska i inne.

Ludność zarówno KCWR, jak i KCWK kraniometrycznie jest odpowiednikiem Hotu i Catal-Hoyuk, a nośnikiem tej kraniometrii jest klan R1a1a. Więc nie ma podstaw, aby KCWR lub KCK przypisywać nieokreślonej populacji nieindoeuropejskiej. Jeśli następnie przyjmuje sie, że język klanu R1a1a w neolicie był indopeuropejski, dokładniej: aryjski, to także i język Catal-Hoyuk musi być uważany za indoeuropejski. Nie było też wtedy możliwości przejęcia języka od klanu R1b1b2, a tym bardziej od I1 lub I2. Ci ostatni byli rozproszeni, prowadzili łowiecko-zbieracki tryb życia, byli daleko mniej liczni, a język ich nie był sprawny w życiu kultur, którymi żył klan hodowców-rolników R1a1a. Co więcej, nic nie przeszkadza przyjąć, że już język przedceramicznej Hotu był wcześnie-indoeuropejski.

Kraniometrycznie czaszki Ariów, typu śródziemnomorskiego, choć wyszły od kromaniowców, nie mają już żadnego do nich podobieństwa. Długi czas migracji, a zwłaszcza przebywania na Irańskim Płaskowyżu, ukształtował i utrwalił ich nowy, śródziemnomorski fenotyp. Jednak kraniotypy KCWR i KCWK wykazują, że istniało współżycie z autochtonami-kromaniońcami. Tym samym upada teza o agresywnym przybyciu "sznurowców" do Europy Środkowej. Po prostu nie było wzajemnego ich wybijania się. Do zmiany populacji w tym rejonie Europy przyczynił się nie tylko klan R1a, lecz także i żeńskie mito H. Np. we francuskiej osadzie Buy, mtH wzrosła z 20 procent na początku neolitu do 75 procent w brązie.
 
Kultura ceramiki wstęgowej kłutej (KCWK).
Nazywana następczynią kultury ceramiki wstęgowej rytej, kultura ceramiki wstęgowej kłutej (KCWK), powstała w rejonie średniego Dunaju, była upowszechniona w Czechach, Austrii, Polsce i Wschodnich Niemczech, z wyraźnym kierunkiem na dół wzdłuż Wisły i Łaby. Datowana jest na lata 4600-4400 p.n.e. Na wczesnym etapie kultura ta towarzyszyła ludziom z kraniometrią aryjską (można już powiedzieć: słowiańską), a tylko w Niemczech nad Łabą dochodziło do zlewanie się z autochtonami-kromaniowcami. Nawet na wyspie Gotland stara mitochondrialna grupa rolników aryjskich wystąpiła w 15 procentach populacji neolitycznej. W miejscu pojawienia się KCWK, w Czechach, występuje kraniometryczny typ spotykany u Ariów na Płaskowyżu Irańskim i w Anatolii. W miarę przesuwania się tej kultury w dorzecze Łaby i wraz z upływem czasu parametry czaszki na terenie Niemiec ulegają kromanionidacji w 29 procentach; na krańcach tej kultury Ariowie zostawiali tylko 20 procent swojego śladu w kraniometrii. Jak widać, nie ma potwierdzenia eksterminacji starych populacji europejskich przez aryjskich przybyszów. Kultura KCWK dośc szybko ewoluowała w kulturę pucharów lejkowatych.

Kultura pucharów lejkowatych (KPL).
Uważa się, że ludzie kultury pucharów lejkowatych (KPL, niem. TRB), panującej w czasie 4000-2700 p.n.e., jako pierwsi wprowadzili bydło rogate do Europy Północnej i Południowej Skandynawii - około 3950 p.n.e. (gdy jeszcze było piesze przejście). Nieco później pojawiły się tam polerowane kamienie, topory i megalityczne grobowce (ani czasowo, ani kraniometrycznie nie można tych elementów łączyć z populacjami R1b1b2; nie było już wtedy, od około 3500 p.n.e., pieszego przejścia z Brytanii). Kultura Ertebolle, jako niższego rodzaju, nie mogła zrodzić KPL.

Kromaniońcy Ertebolle mieszali się z ludźmi nowej kultury, ale niezbyt blisko, skoro kraniotyp aryjski nie uległ większym modyfikacjom. W połowie czasu KPL jej ludność cechują te same parametry kraniometryczne: wysokość twarzowa, szerokość orbit ocznych i marker nosowy, co w czasie jej przybycia nad Dunaj. Z biegiem czasu zmieszanie się populacji aryjskiej z autochtonną tak w Niemczech, jak i w Skandynawii i - według innych badań - także w Anglii sięga, według danych kraniometrycznych, około 50 procent. Jest to kolejne potwierdzenie przyjaznego wkroczenia ludności aryjskiej do Europy.

W samej Szwecji w populacji KPL wysoki procent kraniotypu aryjskiego, bo 58%, można łatwo wytłumaczyć znanym zjawiskiem obniżenia płodności w związkach mężczyzn klanu I z przybyłymi z południa kobietami mtH. Niepłodność ta mogła sięgać 22,5 procent, co oznacza, że w 40 pokoleniach autochtonnych haplogrup I mogłoby zostać tylko kilka procent. Ilustracja tego procesu jest fakt, że na izolowanej wyspie Gotland, gdzie nie dotarły aryjskie mitoH, linie klanu I1 przetrwały w 84 procentach.

Inne dunajskie kultury.
a) Wielka, choć tajemnicza, kultura Cucuteni-Trypolska (4200-2750 p.n.e.), długotrwała, ze znacznym udziałem elementów kultury protomiejskiej, typu wschodniośródziemnomorskiego; wykryto w niej znaczny udział ludności aryjskiej; w badaniach kraniotypów jej liczebność sięga około 50 procent (druga polowa to paleoeuropeoidy klanu I).
b) Najpierw kultura badeńska (KB), której gałęzią węgierska jest kultura pecelska, lata 3600-2800. Szeroko rozprzestrzeniona, bo od austriackiego Baden do Zachodniej Ukrainy. Jeden osiągalny kraniotyp (pecelski) wskazuje 80-90 procent typu aryjskiego rolnika.
c) Tu można też wspomnieć i kulturę vucedolską w Chorwacji, w latach 3000-2600 p.n.e. Nie udało się znaleźć czaszki i zyskać kraniometrii, ale miała ona udział w formowaniu iliryjskich plemion. Czas pojawienia się tej kultury zbiega się z datą wejścia klanu R1b1b2 na Bałkany - około 3000 p.n.e."

Tu przerwę internaucie. Otóż wszystkie te dokonania, opisane wyżej, można przypisać moim kuzynom, którzy są również potomkami mojego przodka, u którego zaszła mutacja R1a-Z282 około 3500 lat p.n.e. i kuzyna z innej linii, u którego zaszła mutacja R1a-L664. Potomkowie owego kuzyna to dzisiejsi potomkowie niektórych plemion germańskich. Inny z braci, u którego zaszła mutacja R1a-Z93, najwyraźniej obraziwszy się na rodzinę, zawrócił ok. 3500 roku p.n.e. na stepy, dając początek linii azjatyckiej naszego rodu - ludom scyto-sarmackim i aryjsko-irańskim. Natomiast mój przodek, ze swoją charakterystyczną mutacją R1a-Z280 prowadził swoją gospodarkę na żyznych ziemiach naddunajskich, produkując swoją ceramikę, ozdobioną odciskami sznura.

Powróćmy do internauty:
"Kultura ceramiki sznurowej.
Wielka i szeroko rozprzestrzeniona kultura ceramiki sznurowej (KCSz) była w Europie Środkowej długotrwała, bo w zależności od regionu istniała w czasie od 3250 (Górna Łaba i Solawa, choć świeże znaleziska grobowe KCSz w Szczytnej na Podkarpaciu datowane jest na ponad 4000 p.n.e) do 1800 p.n.e. Przez wielkiego antropologa K. Coon'a została określona mianem "reketier (gangster) neolitu". A to chyba z dwóch powodów. Po pierwsze z powodu popularnych u nich kamiennych "toporów", które nazwano bojowymi. Poza tym zauważono jakby brak ciągłości ich kraniometrii i szkieletów z poprzednimi populacjami, która jakoby oznaczała szybką, w ciągu zaledwie dwóch pokoleń, wymianę ludności.
Otóż z danych kraniometrycznych wynika, że inspirowała ją nowa fala rolników z południa, odróżniającym się wysokim współczynnikiem wysokości czaszki, cechującym południowców, w przeciwieństwie do niskiego w poprzednich populacjach aryjskich. Szybkie ich nadejście tłumaczy się tym, że zostali oni z Bałkanów wypchnięci przez napływające populacje klanu R1b1b2. Fizycznie człowieka KCSz określa się dość sprzecznie jako typ "krępy śródziemnomorski", a więc smukły-krępy, gdy tymczasem cechy jego pierwotnej śródziemnomorskości zostały połączone ze znaczną krępowatością ("robustność") dopiero pod koniec kultury, po znacznym zmieszaniu się z kromaniońcami na terenie Niemiec i Rosji. Już sam fakt owego demograficznego mieszania się z kromianiońcami świadczy, że KCSz nie nadużywała swoich "toporów bojowych".
Głośną osadą kultury ceramiki sznurowej i ludzi klanu R1a1a stało się Eulau nad Salawą (Niemcy), gdzie na archeologicznym cmentarzysku KCSz, datowanym izotopowo na 2600 p.n.e., w 2005 r. rozpoznano szkielet ojca i dwóch jego synów, z haplogrupą R1a1a (W. Haak et al. 2008 r.).
Na rzecz ciągłości ludności KCSz z poprzednimi aryjskimi, kulturą pucharów lejkowatych czy kulturą ceramiki wstęgowej, przemawia, oczywiście kraniometria. Na początku tej kultury różnica polegała tylko na nieznacznie większym wymiarze wskaźnika wysokości sklepienia czaszki, zresztą nierasowego. Natomiast znaczna dolichocefalność populacji KCSz w Czechach to rezultat zmieszania ludzi wcześniejszej kultury ceramiki wstęgowej klutej z lokalnymi kromaniońcami. Podobne procesy zmiany w starszych kulturach aryjskich w Środkowej Europie spowodowały różnicę w kraniometrii względem tych, którzy pozostali w rejonie Balkanów i przybycie na północ opóźnili o kilka tysięcy lat.
Szybkie ich wejście na ten teren też świadczy o tym, że przyszli oni do swoich, weszli w tereny poprzednich kultur swoich aryjskich współplemieńców razem: KCWR, KCWK, KPL i KB. To ciekawe, że obydwa tereny pokrywają się geograficznie. Na tle ludności autochtonnej w Polsce obserwuje sie wyraźny wzrost klastra Ariów. Gdy w czasach kultury ceramiki wstęgowej rytej ludność aryjska sięgała u nas 42 procent, to za KCSz ilość ta wzrosła do 69 procent (pozostałe 31 procent to kromanioidalni poprzednicy i lapoidalni przybysze z północnego wschodu.
Na terenie polskim kraniotypy "sznurowców' odznaczały się wysokim wkładem typu aryjskiego, bo prawie 70 procent, dzieląc resztę na paleoeuropoidalne kraniotypy kromaniońców północnych Niemiec oraz laponoidalnych wołosowców z Niziny Rosyjskiej.
O utrwalonym już osadnictwie aryjskim w środkowej Europie świadczy tern fakt, że nasuwające się z zachodu obce kultury, jak unietycka czy lateńska raczej nie zmieniła proporcji demograficznej. Na całym terenie kultury unietyckiej Czech (Czechy, Polska pd.-zach., Austria i Niemcy) w kulturze unietyckiej kraniotyp aryjski występuje w 50 procentach (pozostała połowa to autochtonni kromaniońcy i KPDz R1b1b2), podczas gdy w "celtyckiej" kulturze lateńskiej np. w Czechach - w 67 procentach.
W sumie więc jest jasne, że "sznurowcy", jak i pozostałe aryjskie kultury neolityczne Środkowej Europy przybyły przez Bałkany i Anatolię, i wszystkie z najwyższym współczynnikiem wysokości sklepienia czaszki (87,6), w czym wyróżnili sie szczególnie sznurowcy."

Rys. 2 Mutacje w kladzie Z280. Linia czerwona to moja linia genetyczna.
https://www.facebook.com/groups/R1a1a/

Powróćmy teraz znów do historii mojej rodziny. Bracia mojego przodka z mutacją R1a-Z280, około 3000 r. p.n.e., mieli duże skłonności do podróżowania po Europie. Jeden z nich, ten z mutacją R1a-Z284, dotarł do północnych wybrzeży Bałtyku, dając początek późniejszym Wikingom, we wczesnym średniowieczu siejącym  postrach rozbójnikom morskim i założycielom sprawnie gospodarujących osad. Drugi z braci, mający mutację R1a-M458, osiedlił się na nizinach środkowopolskich, i jego dalecy potomkowie stanowią dzisiaj większość Polaków. Moi przodkowie zostali nad Dunajem na dłużej, chociaż w 2500 r. p.n.e potomstwo pradziada z mutacją R1a-CTS3402 dało początek kilku grupom krewnych, które rozeszły się na północ od Karpat, nad Wołgę i na Pomorze Bałtyckie. Mój pradziad, po którym dziedziczymy mutację R1a-Y2613 żył nad Dunajem w 1000 r. p.n.e., ale wiele przemawia za tym, że na progu Nowej Ery jego wnuk o mutacji R1a-Y2608, a później, około 500 r. n.e. jego potomstwo z mutacją R1a-YP613, czyli moi pradziadowie, powędrowali, jedni w kierunku wybrzeża dalmatyńskiego, drudzy w kierunku Moraw, Czech i Bawarii, a jeszcze inni, pewnie w kupieckich interesach, Wisłą ku jej ujściu. I tak zapewne wyglądała droga mojej rodziny do miejsca, w którym dzisiaj żyję. Być może wolałbym ciepły klimat południa, ale i moim północnym kraju jest pięknie. Tylko że mało mam tutaj genetycznych kuzynów. Najstarszym udokumentowanym moim dziadkiem był żyjący w pierwszej połowie XVIII wieku w Brodnicy Georg Gottlieb Gutt. Jego wnuk, też Georg Gottlieb, uchodził wśród swoich znajomych za Bawarczyka, tak przynajmniej przekazali w źródłach. Jego syn Ferdynand, bawiąc w Czechach w 1835 roku opowiadał o czeskim pochodzeniu rodziny. Skąd to wiedział, źródła nie przekazały. Poprzestańmy zatem na skonstatowaniu względnej spójności ustnego przekazu rodzinnego z historią zapisaną w genach, oraz na marzeniu, żeby udało się wyjaśnić lukę między owym domniemanym 500 r. n.e., kiedy żył R1a-YP613, a 1729 rokiem, kiedy urodził się Georg syn Georga.






wtorek, 8 grudnia 2015

Amour, amour...

Otrzymać miłosne wyznanie od ukochanej kiedy przychodzi Boże Narodzenie, a człowiek siedzi gdzieś w dalekim, zimnym Petersburgu...bezcenne.
Wspomniany już tutaj Mikołaj Malinowski ożenił się w 1829 roku z córką Jerzego Gutta, aptekarza. Ale uczucia tej pary rozwijały się i zwijały okresowo przez kilka lat, czego świadectwa znajdujemy w pisanym przez Malinowskiego po łacinie dzienniku. Tutaj natomiast chciałbym przytoczyć świadectwo drugiej strony, list panny Anny do Mikołaja pisany 24 grudnia 1826 roku. Mikołaj był wtedy w Petersburgu, a Anna tęskniła i chorowała w Wilnie. Oto list.

"Jakże jestem zadowolona, mój Aniele, że uspokoiłam Cię co do stanu mego zdrowia, zanim przyszedł list, w którym zaklinasz mnie, żebym Ci podała wszystkie szczegóły. Oczywiście, że było moim obowiązkiem nie ukrywać nic przed Tobą, ale czy z mojej strony nie było słusznym, że piszę Ci o chorobach dopiero wtedy, gdy już nie trzeba się obawiać o mój stan zdrowia, kiedy trzeba oszczędzać Twoje zdrowie, w tych dniach, kiedy powinieneś być chroniony przed tysiącami tysięcy zmartwień, które ja chętnie odkupię za ceną moich. W dniu, w którym Papa pisał listy do Petersburga, poprosiłam go, by nie czynił żadnej wzmianki o mojej chorobie. Papa mi to obiecał i nie dotrzymał słowa. Było to dokładnie nazajutrz po gwałtownym kryzysie, kiedy nie miałam ani siły, ani przytomności umysłu, by Ci skreślić kilka słów, które nie zwiększyłyby tylko Twoich obaw, a mnie przyniosłyby odrobinę ulgi. Teraz czuję się już znacznie lepiej. Mój żołądek jest tylko trochę podrażniony i nie wiem, kiedy odzyska pierwotne siły. Mój Aniele, zdziwisz się jaka zmiana zaszła w moim trybie życia. Z niegdyś pracowitej i ciągle zajętej stałam się leniwa, regularnie sypiam do dziesiątej, czasem nawet do jedenastej. Przerwałam wszystkie moje dotychczasowe ulubione zajęcia, zabraniają mi jeszcze jakiejkolwiek pracy, nawet tę, którą mi zostawiłeś, odłożyłam ledwie zaczętą.
Oto dalszy ciąg choroby, która, jak mówi Ferdynand, sprawi, że będę cieszyła się zdrowiem dwadzieścia lat, będziesz miała go dosyć?
Nasz drogi Papa siedzi zamknięty w pokoju od trzech tygodni, róża obrzuciła mu nogę, ma pęknięcia skóry, które wciąż nie chcą się zamknąć, mimo dwóch upuszczeń krwi i trzydziestki przystawianych pijawek. Pielęgnuję go, mówią mi, że jestem do tego bardzo zdolna. Wobec choroby, dzięki za talent, ale to smutne, że wykonuje się te zabiegi na osobie, którą się tak kocha.
Odwiedził nas przez trzy dni Aleksander, jakiż on szczęśliwy, że ma ten swój radosny i żywy nastrój. Zadowolenie maluje się na jego twarzy, jego małżeństwo, to wierutne kłamstwo, jak mówi, nie zna żadnej osoby o takim nazwisku. Kazał Ci przesłać życzenia.
Jakże pocieszająca jest, jak pomogła mi w powrocie do zdrowia, wiadomość o Twym dobrym zdrowiu. To jedyne dobro, o które się modlę dla Ciebie, mój Przyjacielu, jedyne, które kocham i będę kochała czule aż do ostatniego tchnienia. Oby Bóg jedynie zechciał przybliżyć moment Twojego powrotu i naszego połączenia się. Z duszą ukołysaną tak słodkimi nadziejami, uśmiechającą się do pięknej przyszłości, mówię Ci do widzenia z towarzyszeniem silnych ucałowań na mój sposób.
Twoja na całe życie Przyjaciółka
G.G.
24 grudnia 1826.
Mama przesyła Ci 4 koszule."








środa, 2 grudnia 2015

Dedykowane Aleksandrowi Śnieżce, Zygmuntowi Krasińskiemu oraz wszystkim plotkarzom i twórcom teorii spiskowych

Minęła właśnie 180. rocznica śmierci Jerzego Gutta, aptekarza i współzałożyciela Wileńskiego Towarzystwa Lekarskiego. Moim obowiązkiem było odnotowanie tego faktu, a jednocześnie przypomnienie legendy, jaką otoczona była jego śmierć. Odpowiedzialnym za rozpowszechnienie tej legendy jest współautor "Polskiego Słownika Biograficznego" PAN, zasłużony wileński redaktor Aleksander Śnieżko, który uzupełnił okoliczności zamordowania Gutta cytowaniem plotki obciążającej za tę śmierć zięcia aptekarza, Mikołaja Malinowskiego, znanego historyka i wydawcę źródeł historycznych. Według tej plotki Malinowski miał namówić Gutta do przygotowania trucizny przeznaczonej dla cara, a tymczasem trucizną tą zgładzono ks. Wittgenstein z domu Radziwiłłównę na zlecenie jej męża. Gutt, pełen wyrzutów sumienia, jakoby chciał ujawnić spisek policji, ale zanim to uczynił, 1 listopada 1835 roku został znaleziony, martwy, w swoim własnym mieszkaniu. 

Jeszcze bardziej fantazja poniosła Zygmunta Krasińskiego, naszego trzeciego wieszcza, który w liście do Delfiny Potockiej obarcza winą za śmierć aptekarza nielubianego przez siebie Andrzeja Towiańskiego. Otóż szwagrem Towiańskiego był Ferdynand Gutt, najstarszy syn aptekarza. Według Krasińskiego Towiański namówił Ferdynanda do zamordowania ojca. Problem w tym, że 1 listopada 1835 roku ani Ferdynanda, ani Towiańskiego nie było w Wilnie, bo obaj podróżowali wtedy po Europie.

Żeby nie powielać teorii spiskowych postanowiłem sięgnąć do źródeł, a więc do zeznań Malinowskiego, złożonych podczas śledztwa w sprawie zamordowania jego teścia. Brudnopisy tych zeznań znajdują się w "teczce Malinowskiego" w bibliotece Uniwersytetu Wileńskiego. Zgodnie z zasadami śledztwa w carskiej Rosji, świadkowi lub oskarżonemu przedstawiano pytania i żądano odpowiedzi na piśmie. Później żądano uzupełnień i zadawano na piśmie następne pytania - i takie właśnie odpowiedzi Malinowskiego przedstawiam poniżej.

/Raport Mikołaja Malinowskiego dla wileńskiego generał-gubernatora ks. Dołgorukowa w sprawie śmierci Jerzego Gutta, teścia Malinowskiego/

Na uczynione mi zapytania przez JWo Pana mam honor odpowiedzieć następnie:


1 Kiedy mi doniesiono o śmierci teścia mojego, pierwszą myślą moją było, że umarł z apoplexyi.  Od pierwszego mojego z nim poznania w 1822 roku mieszkałem ciągle w jego domu, a mając sobie poruczone wychowanie jego syna najmłodszego, Edwarda Gutta, uważany byłem za należącego do familii. Nic więc przede mną nie było tajemnego; później powziąwszy zamiar ożenienia się z córką nieboszczyka Gutta stosunki przyjaźni i wzajemnego zaufania jeszcze się więcej utwierdzały. Wszystkim, którzy znali dom mojego teścia, wiadomo, iż ani on ani nieboszczka matka żony mojej nie czynili najmniejszej różnicy między mną a swojemu dziećmi. Kiedy syn jego najmłodszy skończył edukacją, poruczył mi ojciec odwiezienie jego do S. Petersburga, gdzie go umieściłem w Instytucie wschodnich języków. Bawiąc sam w stolicy dla opatrzenia sobie miejsca, wezwany zostałem przez Xcia Wittgensteina dla zajęcia się jego interessami; to sprawiło, iż powróciwszy tu w końcu r. 1828, skoro miałem zapewnione przyzwoite utrzymanie, natychmiast spełniłem zamiar ożenienia się z córką moich przyjaciół i w styczniu r. 1829 połączyłem się z nią na zawsze. 
Dwa lata mieszkałem w tym samym domu, ale osobno od rodziców, ponieważ matka żony mojej jeszcze żyła i teść mój utrzymywał własne gospodarstwo; dopiero od jej śmierci w r. 1832 teść mój, siostra matki mojej żony, syn jego starszy, doktor, i owdowiała córka jego, Pani Brekowska, t.j. wszystkie osoby składające familią, do której wszedłem, jadali u mnie. Praca moja i pożyteczne prowadzenie interessów Xcia Wittgensteina sprawiły, że pensya, którą miałem sobie postąpioną, 3000. r.sr. na rok wynosząca, dozwoliła mi ponosić ten wydatek; nie potrzebowałem się troszczyć o przyszłość bo Xżna Wittgenstein aktem urzędownie sporządzonym przeznaczyła 800,000 r.sr. nagrody swojemu pełnomocnikowi Kożuchowskiemu, a ten 200,000 r.sr. tymże samym aktem przeznaczył na zapewnienie funduszu dla tych, którzy mu pomocnymi w tym przedsięwzięciu być mogli. Owoż powszechnie wiadomo, że gdy cały tok interessów prawnych i administracyjnych tak przy komissyi co do processów, jako też do zarządu dóbr  z 54,000 dusz składających się, głównie na mnie polega, czwarta część nagrody, t.j. 50,000 r.sr., jest dla mnie zapewniona, ani ominąć mię nie może, bo wiadomo powszechnie, iż niezmordowaną pracą moją doprowadziłem interessa do bliskiego i pomyślnego końca. Im zatem większą miałem pewność zabeśpieczenia losu mojego, tem śmielej i z większą gotowością zgodziłem się na to, aby cała familia żyła moim kosztem. Te dowody przywiązania z mojej strony obudzały najczulszą przyjaźń i szacunek dla mnie ze strony familii mojej żony tak dalece, że wszyscy którzy w domu moim bywali bez wątpienia to świadectwo dać mogą, iż trudno znaleźć  było drugą w mieście rodzinę, która by w takiej zgodzie, jedności i wzajemnem zaufaniu żyła, jak ja z ojcem, ciotką i rodzeństwem mojej żony. Wszakże doktor Gutt, brat mojej żony, z powodu jednostajności wieku i wychowania a razem i tej okoliczności iż kilka razy ocalił życie jedynego dziecięcia, które posiadam, że troskliwie czuwał nad mojem własnem zdrowiem, żył ze mną jak najbliżej i składał zwyczajne moje towarzystwo. W takich stosunkach przedmiotem rozmów bywały dla nas najczęściej osoby wspólnie nam drogie, a mianowicie Ojciec który w domu moim doświadczał prawdziwie synowskiej czci i poszanowania. Owóż Doktor Gutt rozmawiając o ciężkiej dla nas stracie matki, która umarła tknięta gwałtownym paraliżem, nieraz powtarzał, iż obawia się nagłej śmierci dla Ojca. Zwłaszcza iż skład jego fizyczny, krótkość szyi, i systemat krwisty mocno go uspasabiają do apoplexyi. Kiedy doktor Gutt wezwany został przez Senatorową Ogińską, aby jej towarzyszył na trzy lata za granicą – lubo nęciła go przyjemność podróży, i znajdował w tem własny pożytek, długo się jednak wahał, bo powtarzał przede mną, moją żoną i domowemi przyjaciółmi, iż lęka się zostawić ojca, znając go być skłonnym do apoplexyi, od której na kilka miesięcy przed swoim odjazdem uratował go przyniesieniem prędkiej pomocy. Często przy jego jeszcze bytności i on sam i żona moja prosili ojca, aby unikał potraw i napojów mogących krew zapalać. W obrębie więc familii naszej tegośmy się zawsze lękali, abyśmy go nie stracili, a to tem barziej iż ojciec nasz cieszył się mocnym skądinąd zdrowiem, że uwolniwszy się od wszystkich zatrudnień prowadził życie siedzące, że skutki ostrości krwi objawiały się w inflammacyach oczu. Jakoż w początkach 8bra, doświadczał zapalenia oczu i żona moja nalegała aby krew puścił, przyrzekł to uczynić lecz dopiero za poradą medyka, oświadczając że wezwie Prof. Porcyankę. Wszakże później inflammacya oczu zeszła, nie używał więc żadnego lekarskiego środka. Te wszystkie okoliczności były powodem, że skoro d. 19 8bra z.r. z rana służąca wbiegła z doniesieniem, że ojciec nasz nie żyje, pierwsza myśl, która uderzyła mój umysł przerażony tą okropną wiadomością, była, iż sprawdziły się przewidzenia syna i nasze ciągłe obawy. Nim zbiegłem na dół przez dziedziniec z mojego mieszkania do pokoju mojego teścia, wyprawiłem służącego, Skorulskiego, aby jak można najprędzej sprowadził dr. Kowalskiego; sam przybywszy na miejsce, z sercem ściśnionem niewymowną boleścią, dotknąłem się ręki zeszłego, a znalazłszy ją zupełnie skrupią, zrospaczałem o ratunku. A kiedy nadto uwiadomiono, że łóżko jest nietknięte, kiedym się sam naocznie o tem przekonał, znikła we mnie ostatnia iskra nadziei. Wkrótce zamiast żądanego przeze mnie doktora Kowalskiego przyszedł doktor Wróblewski , dotknął się podobnież pulsu, i wyraźnie mi oświadczył, że żadnego ratunku niema, i że należy posłać po policyą. Wtem dano mi znać, że żona moja znajduje się w największych mdłościach, i że potrzebuje pomocy, pobiegłem więc na górę, posłałem 2go służącego po doktora Czarnowskiego, ten dowiedziawszy się od posłańca o nieszczęściu, które dom nasz dotknęło, nim pośpieszył z pomocą do mojej żony, wstąpił dla obejrzenia zwłok mojego teścia. Tam dowiedział się o uprzedniej bytności doktora Wróblewskiego. Krew którą podłoga obficie była zbroczona widzieliśmy wszyscy, ale w przerażeniu pełnem goryczy, którem tak dotkliwa strata duszę moją napełniała, nie miałem dosyć krwi zimnej, aby wszystkie szczegóły examinować. Nigdy w życiu mojem nie widziałem  człowieka zmarłego z apoplexyi, zdawało mi się że znaczna krwi strata iść musi za tego rodzaju śmiercią. Nade wszystko zaś, w myśli mojej powstać nie mogło podejrzenie, aby ojciec nasz mógł być zamordowany, bo w żaden sposób niepodobna było przypuścić, aby w domu tak zamieszkanym, na jednej z najludniejszych ulic miasta, pod bokiem własnych dzieci i przyjaciół prawie z rąk im przez zbójców mógł być wydarty. Niedbalstwo lekarzy, którzy będąc ludźmi obcymi, oswojonymi ze śmiercią, których serce nie mogło być tak zakrwawionym jak moje tym okropnym widokiem, powinni byli zastanowić się z większą pilnością nad wszystkimi okolicznościami; to niedbalstwo pozostanie dla osieroconej familii zrzódłem wiecznego żalu. Takie właśnie postąpienie lekarzy, z których o pierwszym, t.j. P. Wróblewskim, ani wiedzieć mogłem, że przyjdzie, bo po innego posyłałem, i P. Czarnowskiego, sprawiło, iż w mniemaniu mojem co do zgonu teścia mojego z apoplexyi zostałem utwierdzonym. Kiedy zaś dr. Wróblewski powiedział mi, abym dał znać policyi, i że do przybycia czastnego prystawy zwłok ruszać niewolno było, kiedy dr. Czarnowski sam już obecnemu dr. Armidow robił uwagę, aby na miejscu przystojniejszem ciało położyć i ten się temu sprzeciwił, cóż mi pozostawało czynić? Mówiono mi, że porządek policyi wymaga, aby lekarz powiatowy wprzódy zwłoki obejrzał, i temu ulec należało. Owóż ze wszystkich tych okoliczności wynika, że pozbawiony przez nagłe zejście przyjaciela, z którym najlepszą część wieku przeżyłem, i który niejednokrotnie w młodszych latach moich rzeczywiste świadczył mi pomoce; teścia, którego jako własnego ojca czcić i szanować nawykłem, sam mając zakrwawione serce, patrząc na łzy i słuchając jęków żony, siostry i ciotki, niezdolny pomyśleć nawet o możności zbrodni, na którą wzdryga się moja dusza, nie mogłem pierwszego dnia ani zająć się drobiazgowym rozbiorem wszystkich okoliczności, ani przedsięwziąć śrzodków szukania winowajcy, bo o morderstwie najmniejszego jeszcze podejrzenia niemiałem. Co się zaś ściąga do znaków krwi na ścianie, tych d. 19. ani ja ani nikt z obecnych nie postrzegał, chociaż oprócz lekarzów wchodzili do pokoju P.P. Borowscy, od lat 24 mieszkający w tym domu i wierni przyjaciele zmarłego, ciotka mojej żony i dalsi domownicy. W ciągu śledztwa lubo z tego powodu żadna uwaga niebyła uczyniona i nikt nie poruszał zachowywań znaków krwi, któremi ściana została zbryzgana. Rozkazałem jednak Dworzaninowi Świątkowskiemu, któremu rząd domu poruczyłem, aby je nietkniętemi zostawił, sądząc, że w późniejszem przewodzie sprawy, czy to w sądzie powiatowym czy w Izbie Kryminalnej, obejrzenie ich mogło być potrzebnem. Jeśli zatem mimo wyraźny mój zakaz ślady krwi były zamywane, Świątkowski ciężko zawinił.


2 W odpowiedzi mojej danej śledzącym objaśniłem, że d. 19. 8bra z rana, kiedy już śmierć teścia była mi wiadoma, wówczas przewidując nieuchronne zatrudnienia, posłałem prosić P.P. Piaseckiego i Mickaniewskiego, aby mi w nich pomogli. Kiedy zaś P. Armidow oświadczył, że zwłok podnieść nie można bez obecności powiatowego doktora, i że już pismo w tym względzie do niego posłał, aby prędzey to uczynić można było i zająć się oddaniem ostatniej posługi zeszłemu, prosiłem P. Piaseckiego, aby pojechał do mieszkania i prosił go o rychłe przybycie. O tem zaś aby go wezwał do exenterowania ciała, mowy nawet nie było, bo zgoła nie wiedziałem, aby to w zdarzeniach, gdzie rodzaj śmierci może być zadeterminowany, praktykować się miało.


3 Odpowiadając śledzącym na dane mi zapytania starałem się trzymać wprost pytań, które mi czyniono. Ponieważ zaś udzielone mi były od razu, odczytałem je naprzód, a później odpowiedź na każdy szczegół czyniłem przeciwko punktów. I tak w punkcie 1. doniosłem, że w ciągu służby nie postrzegłem w nim (lokaju Skorulskim – przyp. TG) żadnego występku, wspomniałem tylko o przywarach, za jakie był napominany, ale w punkcie 5., w którym poszczególne zapytywany byłem o Skorulskim, wyraźnie doniosłem, że znalezione w jego kufrze: tabakierka, łańcuszek, książki, szklanki, karafki i kieliszki są u mnie skradzione i w tem przewinieniu bynajmniej go nie usprawiedliwiałem.


4 Mając zaszczyt jawić się JWmu Panu na dniu 7. września nie przyszedłem z własnego natchnienia, ale skoro przyjechałem do miasta o godzinie pół do dziewiątej z rana i zaledwo wysiadłem z powozu, wnet przyszedł do mnie Czastny Prystaw 3. Zarzecznej części, Jeleński, i objawił, że JWny Pan rozkazałeś mi stawić się przed sobą, po ludzi zaś moich że posłał kwartalnego Sołowiowa do Markuć. Natychmiast więc pośpieszyłem z wykonaniem przeniesionej mi woli JWgo Pana. Co się zaś tycze pieniędzy: w Akcie 21. 8bra poświadczono, że ja i dalsze osoby należne do familii uwiadomiliśmy śledzących o zginieniu zegarka, ciesząc się nadzieją, że po nim można będzie powziąć ślad zabójcy – o pieniądzach czy te były wzięte lub nie ? żadnej wzmianki w Akcie nie uczyniono, chociaż przy rewizji domu P.P. Śledzący szukali pieniędzy u ludzi i u żony Michała Gurskiego (podobnie u lokaja Skorulskiego) znaleźli po kilkadziesiąt rubli, które pod mój rewers złożone zostały. W Żurnalnej Zapisce 22. 8bra pojaśniono, że P.P Śledzący uwiadomieni zostali przeze mnie, iż na pierwszym piętrze w mieszkaniu siostry mojej żony znajdowała się komoda, której wierzchnia szuflada zachowana była przez teścia mojego do jego dyspozycji, dwie zaś dolne oddał córce swojej, w której pokoju komoda stała. Że razem ze mną udali się na miejsce i znaleźli tam worek z numizmatami, złotą tabakierkę i parę worków próżnych. To zaś nastąpiło z następującego powodu. Kiedy 21. 8bra dawałem P.P Śledzącym wszelkie informacje posłużyć mogące do wykrycia winowajcy, powiedziałem im, że teść mój miał znaczną liczbę numizmatów srebrnych, że być może, iż zbójca je pochwycił, że po nich poznać go byłoby łatwo. PP. Śledzący przedsięwzięli śrzodki policyjne u wexlarzów aby mieć oko na mieniających stare pieniądze. Tymczasem kiedy to samo powtarzano przed moją żoną i Panią Brekowską, wtenczas te uwiadomiły, iż należy jeszcze szukać w szufladzie, którą teść mój w jej pokoju miał pod swoim kluczem, czy li w niej nie znajdą się rzeczone numizmata. Jakoż rzeczywiście okazało się, że te tam się znajdowały. Ustnie miałem honor JW. Panu przełożyć, że wiedzieć nie można, czy nie skradziono pieniędzy, lecz ile ich mógł w owym czasie teść mój posiadać, z pewnością oznaczyć niepodobna. Jest jeszcze jedna okoliczność, na którą ośmielam się zwrócić wysoką uwagę JWo Pana. Kantorek, w którym teść mój miał swoje schowanie, zawierał dwojakie szuflady, jedne zewnętrzne, widoczne, drugie ukryte. Łatwo sprawdzić to można przez obejrzenie kantorka. Wszyscy domowi, którzy wchodzili do mieszkania mojego teścia, przyświadczają, że w szufladach zewnętrznych trzymał on zawsze pieniądze rozchodowe, stosownie do gatunków monet, w jednej dukaty, w innych ruble, w dalszych na koniec   5-złotówki, 2-złotówki i drobniejszą zdawkową. Że często, kiedy lokatorowie potrzebowali drobnych, najpierwej się o zmianę do niego udawali. W ukrytych zaś szufladkach składał sumy, które na większe wydatki lub jednorazowe opłaty przeznaczał, jako to na zaspokojenie podatków itp. Owoż przy rewizyi nie znaleziono nic pieniędzy w szufladkach zewnętrznych, 200 rsr. odkryte zostały w potajemniku przez śledzących w obecności P. Mickaniewskaiego, za nauczeniem, zdaję mi się, przez Ciotkę żony mojej, jak się potajemnik otwiera. Tę sumę przysłano mi do mojego mieszkania i na nią wydałem rewers. Nie można wszelako rozumieć, aby w szufladkach zewnętrznych nie było żadnych pieniędzy, lecz ile? – o tem wiadomości nie ma. W punkcie 3. Moich dawniejszych odpowiedzi nie mówiłem o pieniądzach, że zdawało mi się, iż oprócz znalezionych przez śledzących, żadnych więcej nie było, ale o rzeczach – tj. sukniach, bieliźnie lub innych fantach, że o tych o ile wiedzieć mogłem, nic nie skradziono. Starając się z mojej strony jak najskuteczniej pomagać śledzącym, i dla dojścia, ile mógł mieć mniej więcej pieniędzy teść mój w chwili dokonanego nad nim morderstwa, kazałem rachmistrzowi Prokuratoryi Jakubowskiemu i kanceliście Dworakowskiemu sporządzić wiadomość, znajdującą się przy dziele, w której pokazało się, że dochodu z wynajętych mieszkań za rok było r.sr. 1110, a opłacono teściowi mojemu po największej części począwszy od 28. 7bra po dzień 5. 8bra r.sr. 347 kop. 50. W tejże wiadomości jest wzmianka, że rządca Kancellaryi JOXcia Jmci Generał Gubernatora P. Kozłowski najął mieszkanie, lecz że w nieobecności jego nie można było dowiedzieć się, czy umówił się na rok płacić r.sr. 150 czy 180, oraz czy zapłacił za półrocze. Później przekonano się, że należną ilość zaliczył. Dodając więc jeszcze choćby r.sr. 75 do wyżej pokazanych 347 kop. 50 odkrywa się, że najmniej r.sr.  422 kop. 50 znajdować się pieniędzy mogło. Nadto przypuścić niepodobna, aby teść mój do pierwszego wpływu pieniędzy był już zupełnie bez grosza, bo chociaż, jak wyżej miałem już honor donieść, cały dochód teścia mojego składał się z 1100 r.sr. na rok, chociaż na opłatę podatków, na koszta reparacji i utrzymania służącego i pary koni wychodzić mogło przeszło 400 r.sr., chociaż płacił córce swojej, wdowie, co rok po r.sr. 300, zawsze jednak gdy życie teścia mojego nic go prawie nie kosztowało, bo wszystkie wygody miał u mnie, mogło mu pozostawać najmniej 200 r.sr. od rozchodów. Dawniej, póki żyła matka mojej żony i teść mój miał jeszcze Aptekę, dochody jego były większe, ale także i utrzymanie domu, dostarczanie pieniędzy synowi uczącemu się w S. Petersburgu wschodnich języków, płacenie 300 r.sr. na rok starszej córce, nie tylko wprowadziło go w długi, ale nawet było powodem, że dom swój oddał pod załog podradczykowi Kossobudzkiemu za pewną za tę dogodność opłatę, co mu niemało potem zmartwienia przyczyniło i dotąd jeszcze zaprzeczenie na domu ciąży. Dopiero kiedy własną gospodarkę skasował, syn z instytutu wyszedł i otrzymawszy miejsce przy Cesarsko-Rossyjskiej Ambassadzie przy dworze perskim już nic z domu nie potrzebował, a więc najgłówniejsze wydatki ustały, wówczas aptekę sprzedawszy długi opłacił i stanął na tej stopie, że oszczędzać, choć po niewiele, był w możności. Porównawszy te wszystkie uwagi nie mogłem nigdy sądzić, aby nic pieniędzy nie schwycił zabójca, ale jak tę stratę za nic nieznaczącą poczytywałem, jak nie myśliłem, aby skradziona niewielka suma posłużyć mogła do odkrycia winowajcy, tak w miesiącach 8brze i 9brze lubo okoliczności wyżej wyłożone miano na względzie, jak to dzieło pokazuje, dla tych wszystkich przyczyn kradzież wszelako, obok popełnionego morderstwa, mniej była dochodzoną. Podczas stawienia się mojego w d. 7. Marca, na uwagę, którą mi JWny Pan uczynić raczyłeś, że jest rzeczą zadziwiającą, iż nic nie skradziono, miałem honor przełożyć, że jest prawie pewnem, iż i pieniądze schwycone być musiały.

5 Co się ściąga na koniec do stolika, z której też strony stał w dniu znalezienia nieżywych zwłok teścia mojego? - mam honor donieść, że przed przybyciem JWo Pana toczyła się między obecnemi rozmowa o okolicznościach towarzyszących tej okropnej zbrodni. Wówczas i ja w 1. Punkcie byłem zapytywany w ogólności jakich mam służących i czy nie uważałem w nich jakich złych postępków?  Na to odpowiedziałem, że żadnego występku w nim nie postrzegałem. O skradzionych przezeń rzeczach bynajmniej nie taiłem, ponieważ gdy zapytania dane mi zostały nie pojedynczo, ale wszystkie od razu, i gdy przyszło do odpisywania, wprzódy przeczytałem wszystkie zapytania, znalazłem, że w punkcie 5. podrobno o rzeczach skradzionych byłem zapytywany, nie miałem więc potrzeby wspominać w punkcie 1. o tem, na co dokładnie odpowiedziałem niżej. Nie taiłem jego kradzieży i to pewna, że gdybym był wprzódy mógł wiedzieć o złodziejstwie przecie nie trzymałbym go był ni minuty.

W zapytaniach podanych mi na dniu 16. 9bra odpowiedziałem, że posłałem Piaseckiego do Godlewskiego prosić, aby przybył jak można najprędzej, bynajmniej zaś nie mówiłem nigdy, żeby miał prosić go dla zrobienia autopsji, bo kiedy doktor Wróblewski powiedział, że nie ma już żadnego ratunku i że trzeba przyzwać policję, a później doktor Czarnowski sam radził Pu Armidow, aby ciało położyć na przyzwoitem miejscu, wówczas tenże Armidow sprzeciwił się i odpowiedział, że bez bytności powiatowego doktora tego zrobić nie można.

…. I lekarze, którzy naprzód wchodzili do mieszkania, zbieraliśmy nasze przypomnienia, w jakim położeniu znajdowały się meble, aby móc objaśnić to JWmu Panu, nie polegając na własnej pamięci, zapytywałem tych, którzy razem wtenczas ze mną byli, i podług wspólnych przypomnień sprowadzeni ludzie zajęli się ustawianiem zmienionego ich porządku. W pierwszych odpowiedziach moich, kiedy byłem zapytywany, na kogo mogę mieć podejrzenia, odpowiedziałem, że obwinić kogokolwiek o tak okropną zbrodnię jest trudno, że potrzeba mieć głębokie przekonanie o winie, aby z pewnością cokolwiek twierdzić, wszakże domysły moje o trudności wejścia z drzewem do pokoju ciemnego, nie zawadzając  o ciało zabitego, otworzenie okiennicy drugiej, do której przystęp był zatamowany, wtenczas kiedy do pierwszej zbliżyć się bez żadnej zawady jak najłatwiej było, i dalsze w odpowiedzi wypisane, dają mi powód do podejrzewania Gurskiego. Przypominając więc sobie, że i wtenczas wzmiankowałem, iż do drugiego okna dojść nie było tak zręcznie, jak do pierwszego, zdawało mi się, że stolik stał po lewem ręku od wchodu. Nikt z obecnych nie zrobił mi przeciwnej uwagi, lubo o to zapytywałem, ludzie więc wezwani do postawienia mebli stolik przenieśli na drugą stronę. Nie uczyniłem tego w celu obwinienia jeszcze więcej człowieka, o którym i w pierwszych odpowiedziach moich nie taiłem tego wszystkiego, cokolwiek na dobrą jego stronę wiedziałem. Jest to prosta omyłka pamięci skołatanej smutkiem i żywem przypominaniem najdotkliwszej straty, jaką w życiu Mojem poniosłem.





Inna wersja punktu 4:



4 Ja nie przyszedłem bez wezwania 7. Września, ale przyjechawszy do miasta pół do dziewiątej, zaledwo wysiadłem z pojazdu kiedy przyszedł do mnie Czastny Prystaw 3. Zarzecznej Części Jeleński i powiedział, że JW. Gubernator każe mi stawić się u siebie o godzinie 9tej, że podobnież kazał wezwać moich ludzi i że posłał kwartalnego Sołowiowa do Markuć. Natychmiast więc ubrawszy się pojechałem. Co się zaś tyczy pieniędzy, odpowiedziałem na punkt 3. uprzednich zapytań, że wiedzieć nie mogę jakie mógł pieniądze posiadać, nie utrzymywałem wtenczas aby żadnych pieniędzy nie miał przy sobie, ponieważ kiedy 21. 8bra wieczorem byli u mnie Śledzący, wtenczas mówiłem im, że widziałem dawniej u teścia mojego około sta sztuk numizmatów, zwróciłem więc ich uwagę na to, aby szukać, czy złodziej nie ukradł pieniędzy. Później, kiedy żona moja przypomniała, że w pokoju siostry jej znajduje się komoda, w której teść mój zachował dla siebie jedną szufladę, wówczas ostrzegłem o tem Śledzących i w skutku tego została sporządzona żurnala zapiska. Ustnie zaś JW. Panu powiedziałem, iż wiedzieć nie można, czy nie skradziono pieniędzy; okoliczność ta łatwo sprawdzić się może z rozpytania się ludzi, którzy bliżej z Guttem byli znajomi. W kantorku były podwójne szufladki, jedne zewnętrzne, w których ś.p. teść mój trzymał pieniądze rozchodowe, i zawsze prócz rublów zwykł był trzymać w oddzielnych szufladkach pieniądze drobne, jakoto 5-złotówki, 2-złotówki i złotówki. W kryjówkach zaś składał pieniądze przeznaczone na jakie większe potrzeby. Że przy obejrzeniu kantorka z początku nie znaleziono żadnych pieniędzy już wnosić kazało, że jeśli jakie były, zbójca je zabrać musiał, lecz jaką to stanowić mogło sumę, wiedzieć nie mogę. W tamtym czasie, chcąc wiedzieć, ile mógł teść mój mieć pieniędzy, P.P. Śledzący, chcąc się o tem przekonać, żądali ode mnie, abym dał im kogokolwiek do zebrania wiadomości, wiele z domu było dochodu i kto ile opłacił, zwłaszcza że nieszczęśliwa śmierć teścia mojego nastąpiła już po 29. 7bra, tj. terminie, w którym się zwykle opłacają półroczne pieniądze za mieszkania. Jakoż kazałem Rachmistrzowi Prokuratoryi Jakubowskiemu z Kancellistą Dworakowskim zrobić wiadomość znajdującą się przy dziele, w której pokazało się, że dochodu z wynajętych mieszkań było na rok r.sr. 1110, a opłacono teściowi mojemu według tychże zebranych wiadomości od 28. 7bra do po dzień 5. 8bra r.sr. 322 kop. 50. Z tej sumy znaleziono r.sr. 200 w kantorku, nie można zaś rozumieć, aby do daty pierwszego wpływu mógł być zupełnie bez pieniędzy. Żeby ich miał znaczną sumę wnosić mogłem z tego powodu, że majątek mojego teścia składał się tylko z domu, którego dochód wyżej oznaczony, że po opłaceniu podatków i załatwieniu potrzebnych reparacji zaledwo zostawać mogło r.sr. 700. Z tej pozostałej sumy płacił córce swojej natenczas wdowie po r.sr. 300 na rok, posyłał pieniądze synowi, będącemu w Persyi przy ambasadzie, utrzymywał konia, opłacał służącego, niewiele zatem mogło mu się zostawać.

r.sr. - ruble srebrne
7ber - septembris, wrzesień
8ber - octobris, październik
9ber - novembris, listopad 

daty wg kalendarza rosyjskiego 

Karta zapisków Mikołaja Malinowskiego