środa, 12 czerwca 2024

Aptekarze

 „O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju![ ...]/Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,/A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy/O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy” (Księga XI, „Rok 1812”).

Taką tęskną inwokacją rozpoczyna się XI Księga „Pana Tadeusza”, odwołującą się do kolejnego aktu upadku wielkiego państwa Polaków i Litwinów. A tych upadków było już wcześniej kilka, a i później będzie jeszcze wiele. Zatem cofnijmy się do roku, który naprawdę moglibyśmy uważać za ważny, nawet bardziej przełomowy dla Polski niż mickiewiczowsko- napoleoński rok 1812 – do roku 1764. Był to rok wyboru na tron Rzeczpospolitej ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Ale zanim to nastąpiło, w maju, w Warszawie rozpoczął obrady sejm konwokacyjny, który wprowadził szereg reform ustrojowych; uchwalił m.in. powstanie Komisji Skarbowej i Wojskowej, zlikwidował prywatne cła i myta, wprowadzając cło generalne, zniósł liberum veto w głosowaniach dotyczących spraw skarbowych, a także wprowadził zakaz przysięgania przez posłów na instrukcje poselskie. Sejm konwokacyjny powołał też Komisję Skarbową Koronną, której zadaniem była troska o stan skarbu Korony i rozwój gospodarczy. Rozpoczęto więc poważny remont państwa po rządach Wettynów. Elekcja Stanisława Augusta 7 września miała dać stronnictwu reformatorskiemu nadzieję na dalszy pomyślny przebieg tego projektu politycznego.

A w Brodnicy, właśnie ósmego maja 1764 roku, miejscowy kupiec i rajca miejski Georg Gottlieb Gutt poślubił córkę ewangelickiego pastora, owdowiałą po Gottliebie Schulzu Sophię Theodorę z Nałęczów 1.v. Schultz. 



Młoda para nie była już tak bardzo młoda, bo Georg Gutt miesiąc wcześniej skończył 35 lat i jak na ten czas był człowiekiem poważnym i dostatnim. Wkrótce zaczęło przychodzić na świat oczekiwane przez nich potomstwo. Pierwszy syn zmarł wkrótce po urodzeniu w 1765 roku. W 1766 roku przyszedł na świat kolejny syn, ale traktowany jako pierworodny, któremu rodzice nadali zgodnie z rodzinną tradycją  imię po ojcu i dziadku – Georg Gottlieb. Radość z urodzenia pierworodnego niestety nie trwała długo – dziecko zmarło w 1767 roku. Dopiero w 1768 roku na świat przyszła pierwsza córka, która po matce otrzymała imię Sophia Dorothea Heinrietta, później używająca imienia Henrietta. Tym razem dziecko rozwijało się zdrowo.

Lata 1768-1770 dla Brodnicy to czas nieustannych utarczek rady miejskiej z konfederatami barskimi. W monografii na 700-lecie Brodnicy, „Brodnica. Siedem wieków miasta” pod redakcją Jerzego Dygdały, czytamy „Sytuacja zaogniła się w latach 1766-1767, kiedy to Rosja sprzeciwiła się kontynuowaniu reform, a ponadto razem z Prusami zażądała pełnego równouprawnienia tzw. dysydentów (różnowierców). Mogli oni z resztą liczyć na przychylność ze strony Stanisława Augusta. Przejawem tego było m.in. potwierdzenie przez króla 27 VII 1765 r., po pewnym zwlekaniu, przywilejów wyznaniowych Brodnicy. W marcu 1767 r. protestancka szlachta zjechała do Torunia i pod osłoną wojsk rosyjskich zawiązała konfederację dysydencką. Do udziału w niej zaproszono również miasta Prus Królewskich. Brodnica, w której ponownie stanął rosyjski garnizon, nie miała właściwie swobody wyboru. Miejscowi ewangelicy, z burmistrzem M.Donelsonem na czele, nalegali zresztą na przystąpienie do konfederacji, licząc, że to posunięcie zagwarantuje im pełną swohodę religijną i zabezpieczy na przyszłość przed nowymi roszczeniami katolickiego duchowieństwa. Po pewnej zwłoce wszystkie trzy ordynki władz miejskich Brodnicy podjęły 2 V 1767 r. uchwałę o przystąpieniu miasta do konfederacji dysydenckiej. Na zjeździe związku małych miast w Gniewie 25 V 1767 r. podobna decyzJa została zaakceptowana przez większość uczestników. Jedynie 6 mniejszych ośrodków odmówiło przyłączenia się do konfederacji. Sejm delegacyjny z 1767/1768 r. pod bezpośrednim naciskiem Rosji został zmuszony do przyznania polskim różnowiercom pełnego równouprawnienia wyznaniowego i politycznego z katolikami. Doszło wtedy także do zahamowa- nia wszelkich dalej idących przemian ustrojowych. Niemniej jednak królowi udało się przeprowadzić niewielkie modyfikacje w skarbowości i administracji państwa. Sejm ten w zasadzie stworzył małym miastom Prus Królewskich szansę na ponowne zajęcie miejsca w sejmiku generalnym. Większość katolickiej szlachty oburzona otwartą ingerencją Rosji w sprawy polskie gotowa była czynnie wystąpić przeciw obcej dominacji i w obronie zagrożonej, jej zdaniem, wiary. W lutym 1768 r. zawiązano w Barze konfederację, która wkrótce objęła znaczną część ziem Rzeczypospolitej. Powstawały kolejne konfederacje lokalne, m.in. w Wielkopolsce, ziemi dobrzyńskiej i na Mazowszu. Z początkiem 1769 r. konfederaci dobrzyńscy wkroczyli na teren województwa chełmińskiego, próbując skłonić miejscową szlachtę do poparcia ruchu barskiego. Zarządzili jednocześnie pobór rekrutów do swych oddziałów. Brodnica, podobnie jak i inne miasta oraz starostwa, nie dostarczyła żołnierzy, gdyż nie uznawała konfederacji barskiej za legalną władzę. Konfederaci dobrzyńscy 17 lutego 1769 r. zjawili się pod Brodnicą. Część ewangelickich mieszczan próbowała wprawdzie stawiać im opór, ale nie odniosło to skutku. Barszczanie łatwo zajęli miasto, zwłaszcza że stacjonująca tu uprzednio załoga rosyjska została wycofana (przypuszczalnie z początkiem 1768 r.). Konfederaci nałożyli na Brodnicę 9000 złp kontrybucji. Grozili też powieszeniem burmistrza M.Donelsona. W tej sytuacji niektórzy z mieszczan (z Donelsonem na czele) czym prędzej opuścili miasto, szukając schronienia w państwie pruskim, w przygranicznym Biskupcu.”



Sytuacja ta dotknęła też rajcę Gutta i jego rodzinę. Jego żona była znów brzemienna, ale nie zważając na uciążliwości udała się wraz z mężem i dziećmi na kilkumiesięczne wygnanie.

    Wróćmy do monografii: „Skorzystali z tej okazji Prusacy, wysyłając wzdłuż granicy swe patrole. Zawitały one też i do Brodnicy. Tymczasem doszło do znacznego wzmocnienia wojsk rosyjskich w Prusach Królewskich. Rosjanie pojawili się też w okolicach Brodnicy i 5-6 III 1769 r. rozbili pod Szabdą część oddziałów konfederacji dobrzyńskiej. Ponownie wojska carskie podeszły pod Brodnicę 14 IV 1769 r. i zaatakowały stojące pod miastem główne siły tejże konfederacji. Barszczanie bronili się w zabudowaniach zamku i przedzamcza oraz kościoła i klasztoru reformatów, położonych nad Drwęcą na zachodnim skraju Brodnicy. Bitwa skończyła się dotkliwą klęską konfederatów. Podczas walki uległa uszkodzeniu część budynków zamkowych, a także spłonął drewniany jeszcze wówczas klasztor. Rozbicie konfederatów dobrzyńskich nie było bynajmniej równoznaczne z przywróceniem spokoju w okolicach Brodnicy. Konfederacja szybko odbudowała swe siły i w sierpniu 1769 r. jej oddziały ponownie przekroczyły Drwęcę. Skłoniło to część miejscowej szlachty do działania i 30 IX 1769 r. na zjeździe w Pokrzydowie pod Brodnicą zawiązała ona konfederację województwa chełmińskiego. W tym momencie wkroczył jednak do Prus Królewskich silny korpus rosyjski i konfederacja chełmińska praktycznie nie przejawiała żadnej aktywności. Podjazdy konfederatów mazowieckich podchodziły natomiast jeszcze przez dłuższy czas w okolice Brodnicy, nieraz wkraczając do miasta."

"Okres konfederacji barskiej przyniósł Brodnicy nie tylko zniszczenia materialne, ale też wzrost obciążeń finansowych. W latach 1768 - 1770 miasto musiało przeznaczyć na wypłaty gotówki i na zakup żywności dla konfederatów oraz na pokrycie kosztów kwaterunków i przemarszów wojsk rosyjskich znaczącą kwotę 35 560 złp. Trzeba przy tym pamiętać, że działania wojenne utrudniały prowadzenie handlu. Stosunek brodniczan do konfederacji barskiej był zróżnicowany. Mieszczanie ewangeliccy z wrogością odnosili się do konfederatów walczących m.in. o pełną dominację katolicyzmu w państwie. Nie powinno więc dziwić, że gdy w maju 1769 r. jeden z przywódców konfederacji dobrzyńskiej zjawił się osobiście w Brodnicy, to został przez mieszczan wydany Rosjanom. Zupełnie inaczej patrzyła na konfederatów ludność katolicka, która mogła u nich nawet szukać wsparcia przeciw luterańskim elitom miejskim. Faktem jest, że jeszcze z końcem października 1770 r. trzej przywódcy ewangelickiego mieszczaństwa (burmistrz Marcin Donelson, rajca Jerzy Gotlib Gutt i ławnik Daniel Sątopski) przebywali w państwie pruskim i nie chcieli powrócić do Brodnicy z obawy, by katoliccy mieszczanie nie wydali ich konfederatom działającym na sąsiednim Mazowszu.”

               Jak wspomniałem, Zofia Teodora w momencie opuszczenia Brodnicy była brzemienna, a 15 stycznia 1769 roku urodziła kolejnego syna, ponownie pierworodnego. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem otrzymał on imię ojca i dziadka – Georg Gottlieb. W związku z czasowym pobytem rodziny za granicą, w Prusach, syn ten został zarejestrowany w Grudziądzu a nie w Brodnicy. To właśnie był mój praprapradziadek, który obrał zawód aptekarza i w połowie ostatniej dekady XVIII wieku osiadł w Wilnie, gdzie założył aptekę, zbudował dom i wychowywał dzieci na Polaków - prawdziwy "Pole aus freier Wahl."

    Kolejny syn Guttów przyszedł na świat jeszcze na wygnaniu, 11 marca 1770 roku, ale zapisany do ksiąg został już w Brodnicy. Jak to się często spotykało w religijnych, niemieckich rodzinach protestanckich, pierwsze imię  - Benjamin - było imieniem biblijnym, natomiast drugie imię - Friedrich - było zapewne nadane na pamiątkę wygnania do Prus, gdyż było to imię króla Fryderyka Wilhelma III, ówczesnego władcy państwa pruskiego. Benjamin Friedrich Gutt zasłuży się w czasach napoleońskich jako organizator policji miejskiej w Brodnicy oraz deputowany na sejm Księstwa Warszawskiego z powiatu Michałowskiego. Zmarł w roku 1812, wiec nie był świadkiem klęski Napoleona w Rosji i powrotu pobitych wojsk francuskich.

               Z kolejnych dzieci Guttów warto wspomnieć jeszcze o urodzonym w 1775 roku  Teodorze Natanaelu, najmłodszym synu, który poszedł w ślady dziadka Nałęcza i został pastorem. Jest to postać barwna i zasłużona, która wymagałaby osobnego potraktowania. Zmarł w 1856 roku w Królestwie Pruskim, jako szanowany uczony pastor i budowniczy kościoła w Gniewie nad Wisłą.

               W tej opowieści zatrzymam się nad losami najstarszej córki Georga Gottlieba i Sophii Theresii – pięknej Henrietty. W 1782 roku poślubiła ona Abrahama Kleina, sekretarza rady miejskiej. Pierwszym ich dzieckiem był syn, George Ludwig, urodzony w lipcu 1785 roku. Georg Ludwig, starszy o 16 lat od swojego wuja Georga Gottlieba Gutta, podążył w jego ślady i został aptekarzem.

               Ostatnim dzieckiem Kleinów był syn, Benjamin Clemens, urodzony 4 listopada 1798 roku. 



    Na chrzcie Benjamina Clemensa świadkami byli między innymi babka Teresa Zofia, wuj Teodor Natanael pastor i kaznodzieja w Michałkach, oraz wuj Benjamin Friedrich. Chrzest miał miejsce w Brodnicy. Na uroczystośrodzinną nie przyjechał wuj Georg Gottlieb z Wilna, ale był usprawiedliwiony, bo właśnie drugiego sierpnia 1798 roku w Wilnie urodziła mu się pierwsza córka, Ludwika Teresa, więc musiał opiekować się swoją rodzina.



Po napoleońskiej nawale Georg Ludwig Klein osiadł w Wiłkomierzu na Litwie – w Cesarstwie Rosyjskim – gdzie był właścicielem apteki. Wiłkomierz jest niewielkim miastem na północ od Wilna, niedaleko miał zatem do domu wujostwa Guttów. Wiem, że utrzymywał z nimi stały kontakt, bo gdy zmarł w 1829 roku, rodzina powierzyła Guttowi prowadzenie sprawy spadkowej Kleina. W 1829 roku w Kuryerze Litewskim Jerzy Gutt zamieścił ogłoszenie o wystawieniu apteki Kleina na sprzedaż.





Sprawa przeciągała się, więc gdy w 1835 roku wuj Jerzy został zamordowany, najmłodszy z braci Kleinów – Benjamin Clemens, który wówczas z rodziną mieszkał w Pasłęku w Królestwie Pruskim, wystąpił do władz pruskich o paszport w celu osobistego wyjazdu do Wiłkomierza, aby móc sprawę spadku doprowadzić do końca. Korespondencja między nim a władzami pruskimi toczyła sie w latach od 1836 do 1842. Niestety nie wiem, jak zakończyło się to przedsięwzięcie. Mogę tylko przypuszczać, że mój prapradziadek, Aleksander Gutt, który był prawnikiem, mógł służyć w tej sprawie pomocą. Za tą hipotezą przemawia jeszcze fakt, że Aleksander w tym czasie uzyskał dokumenty, których twórcą i dostarczycielem mógł być stryj Teodor Natanael, który jako pastor miał wgląd do ksiąg metrykalnych i mógł autoryzować zrobione z nich odpisy. Być może była to przysługa za przysługę w ramach rodziny.

środa, 20 listopada 2019

Dragoman


dragoman daw. «tłumacz, przewodnik i pośrednik między Europejczykami a mieszkańcami Bliskiego Wschodu» (Słownik języka polskiego PWN)

Czy Edward Gutt, najmłodszy syn wileńskiego aptekarza Jerzego Gutta i Teresy z Fiszerów, wzorował się na romantycznych bohaterach przemierzających Orient w turbanie na głowie, czy też raczej był jednym z kółek zębatych w carskiej machinie urzędniczej, trudno powiedzieć. W każdym razie, jako dragoman rosyjskiej misji przy szachu Persji w Teheranie, bądź z własnej chęci, bądź przez przypadek, stał się „pionkiem”, a może nawet „gońcem” na szachownicy tzw. Wielkiej Gry między imperiami – rosyjskim i brytyjskim - o dominację nad Afganistanem. Był postacią z legendy kapitana Witkiewicza, pojawiał się w raportach tajnych służb brytyjskich, opublikowanych w biuletynach Izby Gmin z lat 1838-1839. Zatem przyjrzyjmy się jego historii od początku.
Edward Jakub dwojga imion urodził się w Wilnie w 1806 roku. Był więc o rok młodszy od Aleksandra Chodźki, z którym studiował języki wschodnie w Petersburgu i później pracował w Persji, i o dwa lata starszy od Jana Prospera Witkiewicza – Batyra. Duch dziejów zetknął ich ze sobą przypadkiem, uczestniczyli razem w historycznym wydarzeniu, a później ich losy potoczyły się skrajnie różnie. Tylko Edward wrócił w rodzinne strony. Chodźko zmarł na emigracji, a Batyr zginął z własnej lub cudzej ręki, czego nigdy nie wyjaśniono do końca.
Podobnie jak jego starsi bracia, Ferdynand i Aleksander, Edward ukończył wileńskie gimnazjum i Uniwersytet. I podobnie wielu studentów, w tym jego bracia, ćwiczył się w przekładach z języka francuskiego, publikując swe prace w Tygodniku Wileńskim. Jednak w odróżnieniu od braci, Edward miał do języków szczególne zdolności. I zdolności te wykorzystał w dalszej karierze. Spośród opublikowanych jego tłumaczeń jeden fragment utkwił mi w pamięci, bo jakby przewiduje przyszłość młodziutkiego wówczas studenta, a jednocześnie różni go od uczonych kolegów: „Nie mamy dosyć ani czasu ani zbyteczney trwałości życia, abyśmy mogli wszystkie czytać xiążki; gdybyśmy nawet mieli iak mieszkańcy raiu Mahometa, 70,000 głów i tyleż oczu. Równie iak twe żądze, ograniczay twoie czytanie: xiążki nieroztropne i płaskie są iak nadpsute wina, bardziey mącą gust dobry niżeli go kształcą; iak pierwsze szkodzą zdrowiu ciała, tak drugie władzy rozumu. Ucz się Jeografii...  (Tyg. Wil., 1820, t.X, nr 172)”
Ojciec Edwarda, bogaty aptekarz, mający liczne kontakty w środowisku uniwersyteckim, wynajmował w swojej kamienicy pokoje studentom. Wiele historii z tym związanych można przeczytać w listach filomatów i filaretów, i w aktach ich procesu. Jednym z filaretów szczególnie zaprzyjaźnionych z rodziną Guttów był Mikołaj Malinowski, student historii, zakochany z wzajemnością w Annie Guttównie. Jego to aptekarz wybrał na korepetytora dla swojego najmłodszego syna. Mikołaj Malinowski był nie tylko preceptorem Edwarda w czasach gimnazjalnych i studenckich, ale  później przyjacielem i szwagrem.
Dyplom ukończenia studiów na Uniwersytecie Wileńskim Edward otrzymał bez trudności w 1825 roku – w wieku dziewiętnastu lat. Jednak wiąże się z tym wydarzeniem ciekawy epizod, list do profesora Joachima Lelewela, jaki zachował się w Bibliotece Narodowej. Być może i dzisiaj roztargnieni studenci po latach proszą profesorów o wpisanie do indeksu brakującego zaliczenia, ale wcale nie jestem pewien, że dzisiaj odbywa się to z tak wyszukaną grzecznością (BN Mf. A968, k. 338, T. I):
„Wielmożny Mości Dobrodzieju,
Nigdybym się nie odważył zatrudniać prośbą moją W-go W. Pana Dobrodzieja, gdyby mię znana dobroć jego nie ośmielała. Potrzebne mi dla otrzymania stopnia w końcu bieżącego roku szkolnego o wysłuchaniu kursu historii z lat 1822-1823 świadectwo, o jego więc tak prędkie, jak tylko można, nadesłanie odważam się najpokorniej upraszać. Zapewne żądanie moje jest niewczesne, ale W-ny W. Pan Dobrodziej przebaczysz łaskawie je. Wolałem raczej może zbytecznym zaufaniem, jak nieufnością zgrzeszyć. Mam honor zostawać na zawsze W-go W. Pana Dobrodzieja Obowiązanym uczniem I najniższym sługą
Edward Gutt, d. 9/21 maja 1825 r., Wilno”
Wielmożny Waszmość Pan Lelewel zaliczał się do przyjaciół ojca Edwarda, niewątpliwie więc prośba młodego Gutta została spełniona i mógł otrzymać upragniony dyplom.
Edward pragnął kontynuować studia uniwersyteckie, a szczególnie pociągały go filologie języków wschodnich, na które moda właśnie pojawiła się w Wilnie. Możliwości, jakie oferował tutejszy Uniwersytet były nader skromne. Po odejściu profesora Grodka, jego następca, profesor Muennich z Krakowa, miał przekazywać studentom podstawy wiedzy orientalistycznej. Późniejszy wybitny orientalista Muchliński tak charakteryzował profesora: „ [Muennich] posiadał li tylko początkową znajomość języków arabskiego i perskiego, przeto i wykład jego ograniczył się do czytania i prawideł gramatyki tych języków... U prof.  Muennicha niewiele czego można było nauczyć się" (za Wł. Kotwicz, M. Kotwiczówna, „Orjentalista Antoni Muchliński, życie i dzieła”, Wilno 1933).
Szczęśliwie dla Gutta Uniwersytet miał możliwość wysyłania najlepszych studentów na dalsze studia do Petersburga, gdzie od 1827 przez następne pięć lat Edward nabiera biegłości w posługiwaniu się językiem perskim i zapoznaje się ze służbą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W swojej pracy o Muchlińskim Kotwiczowie tak piszą: „Rząd rosyjski od wielu już lat krzątał się około rozwoju i ugruntowania studjów orjentalistycznych i przygotowania w tym celu wytrawnych specjalistów. Z drugiej strony w Wilnie śród młodzieży akademickiej w owym czasie w ogóle ujawniły się, pod wpływem świetnej karjery Sękowskiego oraz innych okoliczności, dość silne dążności ku badaniom nad Wschodem. I gdy Muchliński wiosną 1828 r. znalazł się w Petersburgu, zastał tam grupę ziomków, którzy z zamiłowaniem oddawali się studjom w tym kierunku. Byli to: Aleksander Chodźko, Aleksander Spitznagel, Edward Gutt, Aleksander Szemiot i Ignacy Pietraszewski. Za ich przykładem poszedł i nasz Muchliński. Dzięki swym zdolnościom językowym Muchliński, mimo że był najmłodszy pośród Wilnian, poczynił bodaj najlepsze postępy w omawianej dziedzinie. Pracował głównie na uniwersytecie pod kierunkiem Sękowskiego, studiując język arabski. Tamże wykładał język perski doskonały praktyczny znawca jego Mirza Dżafar Tobczybaszew, który zasłynął u nas jako tłumacz na język perski kilku sonetów A. Mickiewicza. Ale poza uniwersytetem istniał jeszcze w Petersburgu przy Departamencie Azjatyckim ministerstwa spraw zagranicznych osobny Instytut języków wschodnich o zadaniach bardziej praktycznych, dokąd uczęszczali wymienieni wyżej Polacy, sposobiąc się do służby dyplomatycznej. Jeden tylko Pietraszewski, najstarszy pośród nich (ur. 1799), słuchał jeszcze na uniwersytecie wykładów Sękowskiego, który go zainteresował swą znakomitą pracą ‘Collectanea z dziejopisów tureckich rzeczy do historji polskiej slużących’ (Warszawa, 1824-25) i którego współzawodnikiem w tej dziedzinie miał się stać w przyszłości.
W zebranych źródłach i notatkach Wł. Kotwicza z okresu przygotowywania niepublikowanej pracy z 1938 roku pt. „Rzut oka na losy orientalistyki w Polsce” (za K. Stachowski, LingVaria VII, 2012, 2/14) dotyczących działalności petersburskiego Instytutu Orientalistyki nazwisko Edwarda Gutta pojawia się m.in. w dwóch dokumentach opisujących zakres studiów i egzaminów końcowych na orientalistyce: Programme des Cours de l’Institut Oriental [rkps, pioro, ręka nierozpoznana; 4 str.; 20,9 × 33,6 cm; brak daty] oraz w Programme de l’examen des eleves de l’Institut Oriental qui aura lieu Mercredi, le 1-er d’Avril 1831 [mszps; 1 str.; 22,2 × 35,4 cm; brak daty]. Z tego drugiego dokumentu dowiadujemy się, że Mirza Dżafar Tobczybaszew był egzaminatorem Gutta w 1831 roku podczas egzaminu końcowego. W spisach urzędników carskich na misjach dyplomatycznych Edward będzie wymieniany od 1832 r.
Ta popularność orientalistyki w środowisku młodych Wilnian w drugiej dekadzie XIX wieku jest zjawiskiem tak ciekawym, że warto chyba poświęcić jeszcze kilka słów wspomnianemu wyżej Pietraszewskiemu, najstarszemu z grupy. Pisał o nim we wspomnieniach zamieszczonych w Kurierze Wileńskim przywołany tu również Antoni Muchliński: „W tej epoce szkoła ta składała się prawie z samych litwinów i byłych uczniów uniwersytetu wileńskiego. P. Żaba August, dziś konsul w Erzerumie, tylko co ukończył instytut i był wysłany na wschód, p. Chodźko Aleksander, b. konsul w Persji a dziś professor literatury słowiańskiej w College de France kończył wówczas tamże nauki, a jednocześnie byli z Pietraszewskim, pp. Szpicnagiel Aleksander b. Konsul w Jaffie, Gutt Edward b. sekretarz poselstwa w Persji, śp. Szemiot Antoni i ja: jednego tylko mieliśmy kolegę nie litwina Popowa. Lubo lata Pietraszewskiego stawały na przeszkodzie w uczeniu się tak trudnych języków, pamięć też i pojętność jego wiele straciły już na łatwości przyswojenia ogromnego zapasu obcych wyrazów i wcielenia się w duch toku mów wschodu, tyle różniących się od europejskich, jednak praca żelazna a niezrażająca się niczem i pilność przemogły te zawady: prócz tego szczególne ku nam przywiązanie i poświęcenie się prof. Mirzy Dżafara Tobczybaszewa wpłynęły silnie i na postęp Pietraszewskiego, tak iż po trzech leciech pobytu w zakładzie, mógł już dość płynnie tłumaczyć się po persku i turecku.
Warto zauważyć, że Aleksander Szpicnagel to były konkurent Juliusza Słowackiego do serca Ludwiki Śniadeckiej, pięknej córki profesora Jędrzeja Śniadeckiego, a po  latach, muzułmańskiej żony Sadyka-paszy Czajkowskiego. Cały świat kręci się wokół Orientu.
Oczywiście pobyt Edwarda w Petersburgu i jego studia nad językami orientalnymi był, jakże by inaczej, nadzorowany przez preceptora – Mikołaja Malinowskiego.  Przynajmniej na przełomie 1827 i 1828 roku Malinowski odwiedził Petersburg i widział się ze swoim wychowankiem. Malinowski podczas pobytu w Petersburgu pisał dzienniczek, z którego dowiadujemy się różnych zabawnych rzeczy o wzajemnych stosunkach obu młodzieńców. Zwykle Gutt odwiedzał Malinowskiego w jego kwaterze wcześnie rano i zabawiał go rozmowami na codzienne, przyziemne tematy, co Malinowski uważał za stratę czasu, i dawał temu wyraz w swoich notatkach:
„27 listopada 1827. Dzisiaj rano nic prawie nie mogłem robić, gdyż zaledwie wstałem, przyszło do mnie kilku przyjaciół, między innymi Mickaniewski, Gutt, Fok, Migurski, którzy rozmową płochą zabrali mi prawie cały czas. [...]”
„2 grudnia. [...] Wróciwszy do domu spotkałem Edwarda Gutta, z którym udałem się do mojego pokoju. Przepędziłem czas na rozmowie o rzeczach błahych. [...]”
„8 grudnia. Obudziwszy sie rano zobaczyłem E.G., który już do mnie przyszedł. Przez godzinę, mniej więcej, rozmawiałem z nim. Potem pisałem i czytałem coś nie coś [...]”
„12 grudnia. Niewiele dzisiaj godnego do zanotowania. Obudziwszy się, spostrzegłem E.G. w moim pokoju. Porozmawiałem z nim o rzeczach potocznych. [...]”
„17 i 18 grudnia. [...[ Po nocy bardzo źle przespanej, wstałem zmęczony i osłabiony. Niebawem przybył do mnie Gutt E. Po krótkiej rozmowie wyszedł, a potem odwiedzili mnie Adam Rogalski i Erazm Pudz., z którymi rozmawiałem przez dwie godziny prawie, wreszcie Jasiukiewicz, który mi zabrał czas swoją długą i natrętną wizytą. Na obiad dzisiejszy, który jadłem w domu, zaproszeni byli Adam Mickiewicz, Franciszek Malewski, Józef Sękowski, Aleksander Chodźko, Mirza Dżaffar [...]”
„27 grudnia. Zaledwie rano wstałem z łóżka, przyszedł do mnie E.G. i przyniósł mi listy od mojej najdroższej narzeczonej, pełne dobroci i miłości; trzeba na nie odpisać jak najprędzej. Poleciłem Edwardowi, aby na dzisiejszy obiad zaprosił Aleksandra Chodźkę. [...]”
„3 stycznia 1828. Bardzo mało mam dzisiaj do zapisania. Rano przyszedł do mnie E.G., z którym wiele rozmawiałem. [...]”
„27 stycznia. Dziś rano pracowałem nad przekładem gramatyki, gdy wszedł E.G. i opowiedział, że był obecny przy wyjeździe Adama Mickiewicza do Moskwy. [...]”
„1 lutego. [...] Przyszedł E.G. i zbudził mnie; przyniósł mi list od swego ojca, do którego dopisała sie także najdroższa moja, lecz dosyć chłodno i z żalem, że jej zaniedbuję [...]”
I tak dalej, aż do kwietnia 1828. W tym czasie w Petersburgu Malinowski spotykał się z Mickiewiczem i Malewskim, Wańkowiczem, Orłowskim, Bułharynem, a z orientalistów z Sękowskim, Chodźką i profesorem Tobszybaszewem, tłumaczem „Czatyrdahu” na język perski. W zapiskach Malinowskiego stanowili oni jakby osobne, filomackie środowisko, niedostępne dla Gutta. Być może dlatego, że należał on już do młodszej generacji i nie był związany z filarecko-filomackim kręgiem towarzyskim. Malinowski traktuje go nieco protekcjonalnie, wydaje mu polecenia, Edward jest dla niego młodszym bratem jego narzeczonej, statystą, a nie pełnoprawnym aktorem rozgrywających się wydarzeń.
Wróćmy jednak do egzaminu końcowego i starań o dobrą posadę dla młodego orientalisty. Edward miał trochę szczęścia, bo trafił na szczególnie ciekawy okres w stosunkach rosyjsko-perskich. Od tragicznej śmierci Aleksandra Gribojedowa, zamordowanego przez tłum  w lutym 1829 roku w Teheranie, po skutecznej rosyjskiej ekspedycji karnej, wakowało stanowisko ministra pełnomocnego, posła cara Rosji przy dworze szacha Fath Alego. Wreszcie w 1832 roku car Mikołaj I mianował posłem pełnomocnym w Persji pułkownika hr. Iwana Simonicza. Był to pochodzący z Dalmacji były oficer napoleoński, artylerzysta, który po dostaniu się do niewoli rosyjskiej przeszedł na służbę cara. Minister Spraw Zagranicznych Nesselrode wręczył Simoniczowi pełnomocnictwa i instrukcje 7 lipca 1832 roku. Nowy rosyjsko-imperatorski minister pełnomocny w Persji przystąpił do swoich zadań 18 października tego roku, zastępując pełniącego obowiązki radcę dworu Bezaka. Misja rosyjska miała swoją siedzibę w Tebrizie, toteż wkrótce Simonicz udał się do Teheranu przedstawić szachowi swoje listy uwierzytelniające. Od 1830 roku funkcję dragomana – tłumacza języków wschodnich – przy poselstwie rosyjskim w Persji pełnił kolega Edwarda z Wilna i ze studiów w Petersburgu, Aleksander Chodźko. Edward został wysłany z Petersburga do Teheranu jako dragoman razem z ekipą Simonicza w 1832 roku. O jego podróży wiemy tyle, że odbył ją z adiutantem hr. Simonicza i doktorem Jenischem, lekarzem misji. W liście pisanym z Tyflisu (Tbilisi) do Mikołaja Malinowskiego wspomina tylko o pisanym przez siebie pamiętniku. Niestety ten pamiętnik chyba się nie zachował. A oto wspomniany list:
Piszę do ciebie drogi Mikołaju krótko bo przecie niemam mieysca do pisania; od dni 10. wszystko iest spakowane i codzień mamy wyjeżdżać, a co chwila znaydzie się iakaś przeszkoda. O sobie, gdzie i jak będę nie mam ci jeszcze nic pewnego donieść. Jeżeli przy konsulacie to pensja większa o 110.# i drugie tyle jak mówią godziwych dochodów. Nieuwierzysz ile tu przygotowań i próżnego blasku doprawdy. Dwa transporty każdy o 30. koniach iuż odprawiono. Z nami przyjdzie jeszcze ze 40. koni. W miesiąc ponas pojedzie żona Simonicza takoż z licznym orszakiem. Wydatków miałem dwa razy więcey aniżeli się spodziewałem. Przygotuj Papę że może przyjechawszy do Persyi będę go prosił o przysłanie mi 50# na konia i pierwsze gospodarstwo.O zegarku takoż nie zapomniy przypomnieć Papie. Jedzie z nami także adjutant Simonicza i Doctor, młody człowiek z Moskiewskiego Uniwersytetu niedawno promowany na lekarza. Pisz do mnie zaraz po odebraniu tego listu p. pocztę wprost p. Tyflis do Tebrizu. Albo gdyby na poczcie robili trudności to do Tyflisu pod następnym adresem. Iosifu Wikienticzu Gołownie służaszczemu w Ispołnitielnoj Ekspedicii. Małe nawet posyłki powinni na poczcie przyjmować.  Z Tyflisu do Tebrizu będę utrzymywał dziennik moiey podróży. Gdzie Ferdynand teraz? Odpisz iak nayobszerniey. Halę i Anetę nayczuley całuię. Bądź zdrów i nie zapominay o przywiązanym do ciebie bracie Edwardzie.
Ajwazowski, Tyflis

Ale mamy też inne świadectwo – wspomnienia Iwana Błaramberga, wojskowego i dyplomaty, z podróży i pobytu w Persji z lat 1837-1839, a więc pięć lat po wyprawie Edwarda. Błaramberg barwnie opisuje w nich trasę, przygody z tubylcami i opisuje towarzyszy podróży, w tym młodego agenta Jana Prospera Witkiewicza. Ze wspomnień Błaramberga dowiadujemy się, jak wyglądało życie codzienne misji rosyjskiej, oblężenie Heratu i przyjazd nowego posła rosyjskiego – pułkownika Duhamela. Wymienia w nich również Edwarda.
Droga z Petersburga do Teheranu prowadziła przez Moskwę i Władykaukaz, a następnie przez przełęcz pod Kazbegiem, tak zwaną rosyjską „gruzińską drogą wojenną” przez miejscowości Stepancminda z pięknym górskim klasztorem Cminda Sameba, Gudauri, twierdzę Ananuri, dawną stolicę Gruzji Mcchetę, do Tyflisu ze starym miastem położonym na wysokim i stromym uskoku nad rzeką Kura. Drogę tę opisuje Błaramberg, ale jej gruzińską część miałem okazję obejrzeć własnymi oczami, bo w 2018 roku w sierpniu miałem przyjemność jechać nią na trasie od Stepancminde do Tbilisi i podróż ta pozostawiła wspomnienia wspaniałej, dzikiej przyrody i gruzińskich starożytności.
Dalej szlak wiódł do Erywania, gdzie Błaramberg w 1837 roku, a ja w 2018 podziwiałem podwójny szczyt Araratu, świętej góry Ormian. Z Erywania, drogą przez Tebriz podróżni udali się do Teheranu. A ja wróciłem do Erywania, aby pospacerować po stolicy jednego z najstarszych narodów świata. Ale i tu nie dane mi było zapomnieć o Edwardzie, bo na jednym z głównych placów miasta znalazłem  pomnik Aleksandra Siergiejewicza Gribojedowa, posła rosyjskiego zamordowanego przez Persów w Teheranie w 1829 roku, nieszczęśliwego pisarza i poety. To prawda, że mądremu biada.
Jeżdżąc po Gruzji i Armenii klimatyzowanym autokarem nie miałem problemu z upałem. Jednak  podróżników w 1830-tych latach upał zmuszał do robienia przerw w podróży w czasie dnia i poruszania się wczesnym rankiem lub nocą. Latem misja rosyjska przenosiła się z Teheranu do górskiej miejscowości Kasre-Kadżar, w której rozbijano obozowisko namiotowe, ale z wszelkimi wygodami. Powracano do miasta dopiero w październiku, gdy temperatury bardziej przypominały klimat europejski. Zimy w Teheranie były raczej łagodne, śnieg padał rzadko, a i tak szybko znikał.
Gdy Błaramberg dotarł we wrześniu 1837 roku do obozu misji pod Teheranem, nie zastał w nim już Edwarda Gutta, który w tym czasie z polecenia Simonicza towarzyszył szachowi Mohammadowi w oblężeniu twierdzy Herat. Simonicz był doświadczonym wojskowym, który mimo służby w Rosji wciąż był oddany ideałom napoleońskim. Charakteryzowała go przy tym obsesyjna niechęć do Anglii i Anglików, co obciążyło jego misję w Persji, spowodowało konflikt dyplomatyczny między Rosją i Anglią, i było przyczyną jego odwołania w 1838 roku. A rola Edwarda w tych wydarzeniach została określona przez agentów brytyjskich słowami – „adept intrygi”.
Misja rosyjska w Persji, 1835 r.

Początek misji Simonicza przypadł w momencie zmiany władzy w Teheranie. W 1834 roku zmarł stary szach Fath Ali. Do śmierci nie podjął on decyzji o sukcesji tronu, toteż przejęcie władzy przez jego dwudziestosześcioletniego wnuka, Muhammada Szacha Qadjara, było rezultatem wspólnego poparcia hrabiego Simonicha i brytyjskiego ambasadora Cambella. Mohammad Szach starał się o utrzymanie w posłuszeństwie buntujących się prowincji. Powrócił też do idei zdobycia afgańskiej twierdzy Herat, która była już wielokrotnie oblegana przez perskie wojska, ostatnio w 1832 roku.
szach Mohammad Kadjar

Młody szach chciał jako suweren zmusić Afgańczyków do zapłacenia zaległych danin oraz ukrócić zbójectwo. Zatem w 1837 roku postanowił ponownie zaatakować Herat, co usilnie odradzała mu ambasada brytyjska, i do czego intensywnie nakłaniała go ambasada rosyjska, a osobiście poseł pełnomocny hrabia Iwan Simonicz. Sytuacja początkowo sprzyjała Rosji, gdyż emir kabulski Dost Mohammed akceptował utworzenie konfederacji afgańskiej pod protektoratem cara i szacha. Nowy poseł brytyjski w Teheranie, John McNeil pisał w swoich pamiętnikach, że obejmując swoją misję doznał wstrząsu widząc jakiego upadku doznały wpływy brytyjskie i jak wzrosło znaczenie Rosji na dworze teherańskim. Był to moment, który historycy uważają za początek tzw. „wielkiej gry” interesów między Rosją a Wielką Brytanią na terenie Persji i Afganistanu.
Koncepcja konfederacji afgańskiej była jednak stanowczo blokowana przez władcę Heratu, Karmana z rodu Sadozajów, zwaśnionego z rodem Durrani, z którego pochodził emir Kabulu Dost Mohammed. W zamian za pomoc w zdobyciu opornej twierdzy Szach postanowił podarować Herat serdarom Kandaharu – przyrodnim braciom Dost Mohammeda: Kachendil-, Mechardil-,Rachandil-Chanom, i w zamian nie żądać niczego oprócz wierności.
twierdza Herat, Afganistan, 1838 r.

34-tysięczna armia szacha Muhammada wyposażona w 60 armat wyruszyła na Herat 23 lipca 1837 roku. Jednak szach jako władca dowodził tylko nominalnie. Towarzyszył mu między innymi Edward Gutt – Polak, sekretarz poselstwa rosyjskiego w Teheranie. Na czele armii stał jej faktyczny dowódca, Polak, generał Izydor Borowski. Wspominał o nim w sierpniu 1836 roku książę Adam Czartoryski, pisząc: [Borowski] tyle zachował patriotyzmu, że za rewolucji naszej ostatniej omal iż Abbas Mirzy do wojny nie skłonił. Oblężenie rozpoczęło się 23 listopada 1837 roku. Liczne źródła poddają druzgoczącej krytyce zarówno strategiczne i taktyczne założenia wojny, jak i organizację, wyposażenie, logistykę i morale wojska. W tym czasie prowadzona była tajna operacja dyplomatyczna, której głównymi aktorami byli Jan Witkiewicz, Batyr, z ramienia Rosji oraz brytyjski agent Aleksander Burnes.
Jan Prosper Witkiewicz w stroju wschodnim

Zadaniem Witkiewicza było doprowadzić do sojuszu z Persją i zawarcia porozumienia przeciwko Heratowi pod protekcją cara Mikołaja I. Burnes wszelkimi siłami starał się temu przeszkodzić. Tego stadium intrygi dotyczą zamieszczone na wstępie słowa meldunku Burnesa o akcji Witkiewicza: „Po szesnastu prośbach o udzielenie odpowiedzi na listy od szacha i cara Rosji Dost Mahomed Khan wreszcie kazał posłać po Witkiewicza, aby go wysłuchać. Ostatecznie Amir Kabulu zgodził się na sporządzenie i wysłanie tych odpowiedzi.  Oczywiście sposób ich dostarczenia stał się pierwszym tematem rozmowy i  Amir zaproponował, by odpowiedzi przesłać drogą przez Bucharę. Jednak Witkiewicz odrzucił tę propozycję mówiąc, że znacznie szybciej korespondencję można będzie przesłać przez Edwarda Gutta, przebywającego w perskim obozie wojennym pod Heratem, który, poza tym że jest jego krajanem i osobistym przyjacielem, jest też akredytowanym agentem rządu rosyjskiego.  [Raport kpt. Burnesa, 18 lutego 1838 r.]”
Z upoważnienia Simonicza – chociaż niektórzy twierdzą, że samowolnie – Gutt zapewnił pisemnie pozostających przy szachu braci emira Kabulu o pełnym poparciu cara dla ich przymierza z szachem. Przechwycone przez angielskie tajne służby pismo spowodowało skandal dyplomatyczny, interwencję ambasady brytyjskiej w Petersburgu i w końcu odwołanie hrabiego Simonicza i zastąpienie go bardziej ugodowo nastawionym posłem rosyjskim Duhamelem. Także Witkiewicz został wezwany do ministra Nesselrode do Petersburga, gdzie zginął w zagadkowych okolicznościach w 1839 roku. W dokumentach angielskich i francuskich Edward Gutt jest znany pod nazwiskiem Edouard Goutte, stanowiącym wersję zbliżoną fonetycznie w języku francuskim do rosyjskiej transkrypcji jego nazwiska. Francuski był wtedy lingua franca dyplomacji od Wschodu do Zachodu.
Tymczasem 24 czerwca 1838 roku nastąpił szturm na Herat, podczas którego głównodowodzący armią perską Izydor Borowski zginął, a Persowie ponieśli znaczne straty. Po tej klęsce szach Muhammad postanowił odstąpić od dalszego oblężenia, tym bardziej, że Anglicy w ramach retorsji zajęli perską wyspę Karrak. Generał Borowski był Polakiem, ale przebywającym od dawna poza granicami kraju. Słabo już władał językiem polskim i wolał porozumiewać się po francusku. Jak czytamy w artykule Janusza Fedirko w „Alma Mater” nr 30 z 1994 roku, Borowski jako młody człowiek walczył w powstaniu kościuszkowskim, następnie na emigracji przystąpił do Legionów Dąbrowskiego.  Po ich rozwiązaniu uczestniczył w interwencji francuskiej na San Domingo, gdzie porzucił służbę w wojsku francuskim. Był korsarzem na Morzu Karaibskim, później żołnierzem Bolivara, uczestnikiem wojny o samostanowienie państw Ameryce Południowej. W wyniku intryg musiał opuścić Bogotę, w której mieszkał, skąd udał się do Egiptu, a następnie do Persji, gdzie został wezyrem z tytułem honorowym emira.
W internetowej wersji Encyclopedia Irannica znajdujemy dwa epizody z udziałem Edwarda Gutta (http://www.iranicaonline.org/articles/search/keywords:Goutte). Po śmierci Borowskiego pod Heratem wykonawcami testamentu generała byli Aleksander Chodźko i Edward. Przypomnę, że Chodźko był rodakiem Gutta z Wilna, a później kolegą ze studiów w Petersburgu. Do Persji został wysłany rok wcześniej niż Gutt i pełnił funkcje konsula w mieście Raszt w północnej Persji. W 1842 roku Chodźko poprosił o urlop „dla ratowania zdrowia” i zgodę na wyjazd do Anglii, ale wkrótce po przybyciu do Londynu nawiązał kontakt z Mickiewiczem i udało mu się przenieść do Paryża. Tam poznał mesjanistyczno-patriotyczne idee głoszone przez Andrzeja Towiańskiego i Mickiewicza, i wstąpił do Koła Sprawy Bożej, gdzie spotkał brata swojego kolegi z Teheranu, Ferdynanda Gutta, szwagra Towiańskiego i ważnej postaci w Kole. Wracając do tematu schedy po generale Borowskim, w pismach generała Barthelemy Semino, który ożenił się z wdową po Borowskim i zaopiekował jej dwoma synami, znajdujemy oskarżenia pod adresem Chodźki i Gutta o sprzeniewierzenie większej części tego spadku. W aferę miał być także zamieszany były chlebodawca Borowskiego, książę Mirza Abbas. Jest to ciekawy wątek, bo ani Chodźko po wyjeździe z Persji, ani Gutt po powrocie do Willna, nie sprawiali wrażenia osób zamożnych, które dorobiły się na cudzym spadku.
Aleksander Chodźko

Aleksander Chodźko był źródłem wielu ciekawych opowieści i anegdot z czasów swojej służby w Persji. Zostały one przekazane przez Władysława Mickiewicza w jego pamiętnikach (Władysław Mickiewicz, Pamiętniki, Iskry, Warszawa 2012), które zacytuję poniżej, bo podobne mógłby również opowiedzieć nam Edward, gdyby zachowały się jego pamiętniki:
Na jednym z pierwszych posłuchań zapytał szacha o jego dzieci, co wywołało wzruszenie ramion u panującego. Szambelan wytłumaczył nowicjuszowi, że szach ma więcej niż sto dzieci, nie może więc zaprzątać sobie głowy ich imionami.
Szach skarżył się Chodźce na istną manię Europejczyków wychwalania dobrodziejstw kolei żelaznej. „Wasza Królewska Mość – zauważył Chodźko – w przeciągu kilku godzin dostanie się na miejsce dorocznych polowań, zamiast spędzać dwa tygodnie w drodze”. „I co za korzyść w tym pan widzi?” – odparł szach, dla którego czas nie miał żadnej wartości.
Po powrocie z wycieczki, którą zrobił, korzystając z wakacji, Chodźko zjawia się u ministra spraw zagranicznych. Przyjmuje go jakaś nowa osobistość, zupełnie mu nieznana. Wymienia nazwisko ekscelencji, którą chce widzieć, a dygnitarz wskazuje mu rysy na stiukach ściany sali, w której odbywało się posłuchanie. Gdy zauważył, że Chodźko nie rozumie tego ruchu, powiedział w końcu: „Są to ślady paznokci mojego poprzednika, którego w tym miejscu zaduszono”. Minister dziwił się, że wskutek jego małej przenikliwości zmuszony był do tak niemiłych wynurzeń, a Chodźko osłupiał z powodu tak lakonicznej mowy pogrzebowej
Właśnie w czasie tych wakacji, kiedy to minister spraw zagranicznych w Persji stracił swój portfel na sposób bardzo wschodni, Chodźko, będąc na polowaniu, w pogoni za zwierzyną dotarł do miasta, gdzie srożyła się cholera. Chcąc się przekonać, czy nie będzie wystawiony na zbyt wielkie niebezpieczeństwo, jeśli tam jakiś czas zabawi, zwrócił się z zapytaniem do gubernatora. „Co prawda – odparł tenże – co dnia umiera po kilkaset osób, ale dotąd nie zdarzyło się, żeby padł jakiś Europejczyk”. Chodźko, zadowolony, podziękował za odpowiedź; na odchodnym przyszło mu na myśl zapytać o liczbę cudzoziemców będących w mieście. „Pan jest jedynym” – odpowiedział gubernator ze spokojem. Chodźko co prędzej spakował manatki i wyniósł się z miasta.
Z humorem, cechującym prawie wszystkie jego opowiadania, wspominał raz Chodźko o swym spotkaniu z dwoma Francuzami, którzy mieli jakąś misję naukową do spełnienia. Po wymianie wstępnych uprzejmości i wspólnym wypiciu herbaty przypadkowi znajomi żałowali, że nie mogą razem odbyć podróży. W wiele lat potem Chodźko, szperając w antykwarni, natrafił na opis wyprawy tych panów. Dowiedział się z niego, że na kogoś z eskorty niespodzianie napadł tygrys, i że to on, Chodźko, z niezwykle zimną krwią jednym uderzeniem fuzji połamał żebra tygrysowi, a siła tego zwierzęcia jest tak wielka, że bez względu na otrzymany cios rzucił się na konia i powalił go na chwilę przedtem, nim sam wyzionął ducha.

Tyle opowieści Chodźki, ale o Francuzach jeszcze będzie kilka słów. Już pod kierunkiem nowych ambasadorów rosyjskich, posła pułkownika Duhamela a wkrótce potem hrabiego de Medem, Edward Gutt kontynuował swą misję, korzystając z niezwykłego zaufania i sympatii, jaką darzył go szach Mohamed. Był to okres, w którym szach marzył o modernizacji swoich sił wojskowych na wzór francuski, zapraszając do Teheranu grupę francuskich oficerów, którzy mieli zająć się doradztwem przy reorganizacji armii. Przywieźli oni również zakupioną na kredyt broń dla perskiego wojska. Konflikty wewnętrzne między tą grupą a oficjalną dyplomacją francuską spowodowały, że część żołnierzy, którym nie zapłacono żołdu, wróciła do Francji, część zaś, pod dowództwem kapitana  a następnie adiutanta-generała Josepha Ferrier, uzyskała nowy ośmioletni  kontrakt. Niestety misja francuska była nieudana, a w dodatku ambasada rosyjska skutecznie ją torpedowała.  Ferrier próbował zainteresować swoimi działaniami francuskie ministerstwo spraw wojskowych i ministra wojny marszałka Soult osobiście, pisząc niepochlebne listy-raporty o sytuacji na perskim dworze oraz w armii. W listopadzie 1841 taki prywatny list Ferriera dostał się do prasy francuskiej, wywołując międzynarodowy skandal. Rosyjska ambasada wykorzystała z radością faux pas Francuzów i Gutt, przetłumaczywszy artykuł, natychmiast pokazał go szachowi. W rezultacie Ferrier oraz czterech innych oficerów francuskich musiało opuścić Persję.
W 1844 roku, wraz z przyjściem nowego ambasadora Dymitra Dołgorukowa, Edward Gutt zakończył swoją misję w Persji i wrócił do Wilna. W jakim stanie fizycznym i psychicznym, nie wiemy, ale tak długi pobyt we wschodnich krainach i w służbie rosyjskiej, w oddaleniu od bliskich i ojczyzny na pewno pozostawił jakieś trwałe ślady. Możemy się domyślać tego czytając list Aleksandra Chodźki, pisany do Adama Mickiewicza z Londynu, po wyjeździe z Teheranu na Zachód.
13 lutego 1842, Londyn
 ... Oto kategoryczna odpowiedź na główniejsze pytania Twojego listu(t.j. listu AM) : „Czy przeszłą  służbę rzucasz tylko dla nudy, dla odmiany? Czy robię krok ten przez lekkość?”  Bóg i ludzie dobrzy wiedzą, że ruska sprawa jest złą sprawą. Służąc jej grzeszyłem przeciw Bogu i przeciw krajowi. Przez jedynaście [!] lat pobytu na Wschodzie myśl ta stała mi ciągle przed oczyma, budziła ze snu, gryzła sumienie. Byli ze mnie radzi, bo służyłem uczciwie, nieraz zręcznie. Nagrody i pochwały mię nie cieszyły, śród kolegów byłem cudzy, inny od nich myślą; cierpiałem. Życie wewnętrzne tak jasne, tyle ruchome, pókim był z Wami w Wilnie, poczęło stygnąć jeszcze w Petersburgu; zamierzchło w Persji i bodaj czy nie na zawsze zgasło. Nie znalazłszy w widokach służebnych potrzebnego żywiołu, rzuciłem się do poezji wschodniej, lecz ta, lepiej poznana, znudziła mię. Rozpusta z kobietami wschodnimi nie na długo ogłuszyła głos wstający zewnątrz. Potrzeba moralnego odrodzenia się coraz więcej była nieodbitą. Wyjechałem nareszcie z Persji.... [Listy Aleksandra Chodźki do Adama Mickiewicza, Pamiętnik Literacki : czasopismo kwartalne poświęcone historii i krytyce literatury polskiej 53/3, 253-294, 1962]
Nic dziwnego, że po tak długiej nieobecności w kraju przede wszystkim chciał odwiedzić i uścisnąć braci i siostry. Najpierw udał się do najstarszej z rodzeństwa, Ludwiki Polkowskiej, mieszkającej z mężem i pasierbicami w majątku Burluny i miasteczku Sejny w guberni suwalskiej. Świadczy o tym list, napisany przez Mikołaja Malinowskiego 24 listopada 1844 roku do Ludwiki: „... Ucałuj od nas Edwarda. Czekamy na niego niecierpliwie. Jego mieszkanie jest już gotowe na jego przyjęcie.”  Natomiast 2 września 1845 roku, jak zanotował Kurier Warszawski, Edward Gutt, obywatel z Wilna, zawitał do Warszawy, gdzie spotkał się z Aleksandrem, jego żoną Marią i jego dziećmi. Mój ośmioletni wówczas pradziadek Jerzy Edward, który swoje drugie imię otrzymał właśnie na pamiątkę stryja, musiał być bardzo szczęśliwy, słuchając barwnych opowieści o dalekich krajach, wojnach i obyczajach. Nie mógł niestety odwiedzić Ferdynanda, który przebywał wówczas z rodziną w Paryżu, a biorąc pod uwagę niejasne okoliczności jego wyjazdu z kraju, lepiej było nie rozpytywać zbyt szczegółowo o jego sytuację. Z resztą wspomniałem wcześniej, że w tym właśnie czasie Ferdynand spotykał się z Aleksandrem Chodźką i miał zapewne od niego dokładne wiadomości o bracie.
Po powrocie do Wilna zamieszkał z rodziną siostry, Anny Malinowskiej, w domu ich ojca przy ulicy Wielkiej (dziś Zamkowej 36). Czterdziestoletni kawaler z takim bagażem doświadczeń z trudnością się aklimatyzował w prowincjonalnym mieście gubernialnym. Tymczasem rodzina oczekiwała, że wkrótce może ożeni  się, ustatkuje – nic z tego. Malinowski w jednym z listów do Polkowskiej, napisanym 2 czerwca 1847 roku, donosi: „... Nie, Pers nie kwili na gniazdo, widać, że nie mogąc urządzić się co do małżeństwa po wschodniemu, dał za wygraną. Wdzięczny za wzmiankę o sobie, kazał Cię serdecznie uścisnąć.”
W 1847 roku Edward raz jeszcze dopisuje się do listu Malinowskiego do Ludwiki Polkowskiej z konwencjonalnymi wyrazami szacunku dla siostry i jej męża. Od tej pory niewiele o nim słychać. Jeszcze w 1856 roku, gdy w Wilnie działa Komisja Archeologiczna i powstaje Muzeum Starożytności, a miejscowi obywatele nadsyłają dary dla Muzeum, dowiadujemy się, że: „Gutt Edward. /Ofiarował/ Kałamarz Perski z piórami z trzciny i łyżeczkę srebrną do atramentu, przywiezione przez niego z Teheranu.” Przy tej samej okazji jego szwagier, Mikołaj Malinowski, ofiarował Muzeum przechowywany w rodzinie obraz olejny Józefa Peszki, prywatnie wuja Edwarda i jego rodzeństwa, przedstawiający cara Aleksandra I oraz szereg autografów królów polskich.
W 1861 roku, w wyniku jakichś ważnych wydarzeń, Edward wyjeżdża z Wilna do majątku bratanka, Zygmunta Gutta, w Trakianach w powiecie kalwaryjskim guberni suwalskiej.  Tam dnia 26 lipca  spisuje następujący testament:
„Ja Edward, syn Jerzego Gutt, używając całey przytomności umysłu i nie ulegając żadnym namowom i prośbom z czyjey kolwiek bądź strony zapisuję tu własnoręcznie ostatnią moją wolę, mocą którey synowca mego Zygmunta, syna brata mego  rodzonego Alexandra, naznaczam i chcę mieć jedynym i ogólnym spadkobiercą całego mego mienia tak ruchomego jak i nieruchomego, wszelkich  sprzętów i ruchomości, słowem tego wszystkiego co za życia mego było moją własnością, co i stwierdzam własnoręcznym moim podpisem.  – Trakiany, dnia 26 miesiąca Lipca 1861. roku. Edward Gutt”
Jest to dokument zastanawiający z wielu powodów. Po pierwsze – nagły tryb i stosunkowo młody wiek autora testamentu. Edward  skończył właśnie 55 lat, podczas gdy jego żyjący bracia mieli lat 59 i 61, a siostra nawet 63. Pytania budzi też kategoryczny wybór właśnie tego, jedynego bratanka na wyłącznego sukcesora. Wszak bratanków i bratanic miał Edward jeszcze kilkoro. W dodatku w obecności świadka, Józefa Godlewskiego, bratankowie owi na odwrocie testamentu musieli złożyć pisemne oświadczenie o przyjęciu woli stryja do wiadomości i akceptacji.  
Dotąd nie udało mi się dowiedzieć czegoś więcej o okolicznościach tego wydarzenia, więc też pozostaje mi tylko zaakceptować decyzję Edwarda.  Według jednej z hipotez Edward zapadł na jakąś orientalną chorobę i widząc zbliżający się kres postanowił przenieść się do Trakian, wówczas należących do Zygmunta, gdzie rodzina mogła zapewnić mu opiekę. Dotąd też nie udało mi się znaleźć aktu jego zgonu. Nie wiem, czy umarł jeszcze w 1861, czy już w 1862 roku, czy w Wilnie, Trakianach, czy jeszcze gdzie indziej. Tymczasem już 21 października 1862 roku do rejenta Russockiego w Suwałkach zgłosił się Zygmunt Gutt jako jedyny spadkobierca i otrzymał urzędowy wypis z testamentu (na papierze stemplowym za 3 ruble 60 kopiejek). W każdym razie Edward zmarł najwcześniej z braci, a  Aleksander senior zmarł zaraz po nim w grudniu 1862.
Niestety chytre rozwiązanie spadkowe, wymyślone zapewne osobiście przez Aleksandra seniora, jak by nie było prawnika i specjalisty od spraw cywilno-majatkowych, okazało się całkowicie nietrafione. Zygmunt Gutt próbował sprzedać dom stryja hrabiemu Rajnoldowi Tyzenhauzowi, ale tak, by zaoszczędzić na podatku. Polegało to na zawarciu ustnej umowy co do ceny kupna, a następnie wystawieniu domu na fikcyjną licytację, w drodze której Tyzenhauz nabył dom za znacznie niższą cenę. Najwyraźniej jednak Tyzenhauz na podatkach znał się lepiej, a do tego wybuchło i zgasło Powstanie Styczniowe, przysypując swymi zgliszczami licznych obywateli, w tym Zygmunta wraz z rodzeństwem. Tyzenhauz wylicytowaną kwotę złożył „w prystawie”, bo właściciel był na emigracji popowstaniowej. Po powrocie do kraju Zygmunt procesował się z Tyzenhauzem i jego sukcesorką, hrabiną Przeździecką, o zapłatę za dom aż do swojej śmierci w 1882 roku, wciągając w to Bogu ducha winnych ludzi, w tym również Józefa Ignacego Kraszewskiego.  Ale jest to już zupełnie inna historia – historia upadłej fortuny i końca pewnego świata.



sobota, 9 marca 2019

Kontrabasista Jego Królewskiej Mości




Trzeciego marca 1771 zawarli związek małżeński Jan Fischer i Teresa Olszewska. Ślub odbył się w parafii św. Krzyża w Warszawie, a świadkami byli Szymon Olszewski, Szymon Wróblewski oraz Michał Tylczer. 
Honza, bo dwudziestotrzyletni pan młody był Czechem, niedawno przybył do stolicy Królestwa Polskiego, żeby tu próbować szczęścia w swoim muzycznym fachu. Bo Honza był kontrabasistą, a kontrabas to instrument trudny ze względu na duże rozmiary, i potrzebny, bo jakaż orkiestra obyłaby się bez basowego wsparcia swojej sekcji smyczkowej. Honza nie miał więc trudności ze znalezieniem zajęcia w Warszawie, skoro już w maju 1770 roku - wtedy przypuszczalnie przybył do Warszawy - grał w doraźnie zebranym 31-osobowym zespole na imieninach króla Stanisława Augusta na zamku "przy śpiewaniach włoskich i granych koncertach". 



Wkrótce Fischerom zaczęły rodzić się dzieci, w tym córki - najstarsza Józefa, młodsza Teresa i najmłodsza Anna. Powiększająca się rodzina wymagała od ojca zwiększonego wysiłku, Jan Fischer starał się więc o stałe kontrakty, bądź w teatrze, bądź w orkiestrze królewskiej. 
W latach 1774-1781 widzimy go w składzie orkiestry teatralnej, utrzymywanej przez kamerdynera królewskiego (a nie była to bynajmniej funkcja podrzędna) Franciszka Ryxa. W pierwszym znanym składzie z 1775 roku  było 22 muzyków, w tym Fischer, tak właśnie pisany. W 1777 roku orkiestra grała również w składzie 22-osobowym, ale w połowie zmienionym w stosunku do roku 1775. Oczywiście Jan Fiszer był w niej jednym z dwóch kontrabasistów. 
W maju 1778 w Warszawie grały dwa składy, w obu wystepował Fiszer. Pierwszy skład był utrzymywany za  214 dukatów miesięcznie, drugi zaś za 185 dukatów. Gaże nie były zatem wielkie - ok 10 dukatów miesięcznie na muzyka.
W 1781 roku zaszły duże zmiany organizacyjne i obie kapele połączono.  W 1780 tzw. kapela wiedeńska Stefaniego, która składała się z czeskich muzyków rekomendowanych przez hrabiostwo Kinskich z Wiednia, została poszerzona o 4 muzyków dotychczasowego koncertmistrza Gaitana. W składzie tej  nowej orkiestry znalazł się również kontrabasista Jan Fischer. Gaża 8-10 dukatów miesięcznie to nie było dużo, ale w Warszawie zawsze były okazje do dawania lekcji i dorabiania w różny sposób.
Od 22 lutego 1784 kapelmistrzem orkiestry królewskiej został Albertini. Orkiestra liczyła 29 muzyków, w tym kontrabasista Fischer (Contra Basso). Rok ten był pamiętny ze względu na wyjazdowe koncerty w Grodnie i Nieświeżu.


Na liście muzyków orkiestry Jego Królewskiej Mości widzimy adnotację na marginesie: "Kosztują razem 2000 # rocznie w ramach gaży, oraz 100# rocznie na ubrania". 

Jak większość ludzi Oświecenia był Honza masonem. Naprawdę. Był członkiem dwóch lóż masońskich i nie wiem, czy grał tam na swoim instrumencie, ale tak utrzymuje Hass wraz z Małachowskim-Łempickim:

Niestety, niezbyt uporządkowany tryb życia muzyka orkiestry królewskiej odbił się na zdrowiu starzejącego się Fiszera.W roku 1788 lub 1791 przedstawił on Stanisławowi Augustowi petycję, w której powołując się na 17-ty rok służby w orkiestrze królewskiej (po raz pierwszy na dworze wystąpił w roku 1770, zaś w 1774 r. mógł wejść do orkiestry teatru warszawskiego) pisał, że nie jest już zdolny do wypełniania swych obowiązków i od dwóch miesięcy musi się wyręczać w zespole innym, zastępującym go muzykiem. Tymczasem do wypełnienia warunków  - 3-letniego kontraktu (podpisanego w 1787 albo 1790) pozostały mu jeszcze 2 lata.  Wnosił przeto prośbę o wcześniejsze zwolnienie go ze służby w orkiestrze. Król odpowiedział krótko: "Trzeba kontraktu dotrzymać".[AK III/1219].

W karnawale 1792 roku Fischer wydał pierwszą córkę za mąż. Narzeczony nie był może zbyt majętny, ale za to utalentowany i dobrze ustawiony. Młody malarz Józef Peszka z Krakowa, protegowany Hugona Kołłątaja i Franciszka Smuglewicza, popierany był także przez króla Stanisława Augusta i w Warszawie był zarzucony zamówieniami na portrety osobistości związanych z Sejmem Wielkim. A poza tym Józefa Fischerówna go sobie wybrała.

W spisie mieszkańców Warszawy z 1792 r. muzyk królewski Jan Fischer jest odnotowany. Niestety trudno mi ustalić, który to z Fiszerów lub Fischerów jest właścicielem każdego z siedmiu ówczesnych warszawskich domów i kamienic. Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się, że Jan Fischer był właścicielem domu przy ulicy Nowolipie, numer policyjny 2419. Jako właściciel występuje już w spisie z 1784 roku, a jest nim także w 1792 roku. Później znika. Dom był drewniany, a ulica w owym czasie miała charakter podmiejski, z licznymi ogrodami i drewnianymi zabudowaniami. Adres ten był jednakże nieodległy od placu Krasińskich, gdzie mieścił się teatr publiczny Ryxa, więc dogodny dla muzyka.

Ale czarne chmury nad Rzeczpospolitą sprawiają, że orkiestra królewska zostaje rozwiązana, na portrety zabrakło popytu, a w czasie wojny muzy muszą zamilknąć. W 1793 roku Peszka wyjechał do Grodna, a następnie do Wilna, w którym wcześniej, w 1788 roku, wraz ze Smuglewiczem dekorował katedrę. Wobec braku perspektyw w wojennej Warszawie, ściągnął też do Wilna żonę i jej rodzinę. A od 1798 roku, gdy został przez pełniącego funkcję profesora na Uniwersytecie Wileńskim Smuglewicza mianowany adiunktem, nie przyjął tego stanowiska, wyjeżdżając do brata do Moskwy. Ale Fiszerowie zostali już w Wilnie, gdzie druga córka, Teresa Fischerówna, wyszła za mąż za miejscowego, dorabiającego się aptekarza, Niemca, kalwinisty, mającego ambicje naukowe, Jerzego Gutta. W 1798 roku Guttom urodziła się córka Ludwika Tekla, to drugie imię łączyło Ludwikę z jej przyrodnią siostrą Teklą Peszkówną. A w 1800 roku Gutt kupił duży dom przy Zamkowej, gdzie wszyscy się pomieścili.

Jan Fiszer i jego żona Teresa żyli w Wilnie w miarę spokojnie do czasu wojny Napoleona z Moskwą. Niestety Honza zmarł w 1812 roku, a jego żona w 1815. Oboje zostali pochowani na cmentarzu w Werkach w jednym grobie, pod wspólnym głazem pamiątkowym.

wtorek, 5 marca 2019

Romantyczność

— „Tyżeś to w nocy? to ty Jasieńku!
Ach! i po śmierci kocha!
Tutaj, tutaj, pomaleńku,
Czasem usłyszy macocha!…

Niech sobie słyszy… już nie ma ciebie,
Już po twoim pogrzebie!
Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!…
Czego się boję mego Jasieńka?
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!

I sam ty biały jak chusta,
Zimny… jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśń mnie, do ust usta!…

Ach, jak tam zimno musi być w grobie!
Umarłeś, tak, dwa lata!
Weź mię, ja umrę przy tobie,
Nie lubię świata."
Adam Mickiewicz, Romantyczność


Ale cofnijmy się o te dwa lata, do roku 1826, bo wtedy to zacznie się nasza historia. "Jasieńkiem" był piekny i młody, bo dwudziestopięcioletni, właśnie uwolniony z wojska polskiego porucznik Gustaw Fryderyk dwojga imion Myszkowski ze starożytnego małopolskiego rodu Myszkowskich de Mirów, a dokładnie tej gałęzi, która przeniosła się do Prus i służyła królowi Fryderykowi Wielkiemu. Ojciec Gustawa za tę wierną służbę dostał od króla Fryderyka dobra Święto-Jeziory w powiecie sejneńskim, które po pierwszym rozbiorze Polski dostały się w ręce prusackie. Piękny Gustaw miał jeszcze dwóch braci i siostrę, a ojciec podzielił Święto-Jeziory tak, by każde z dzieci otrzymało po jego śmierci swoją część. Tak więc Gustaw był panem na Kurdymoksztach i Okociu i kilku innych jeszcze miejscowościach w okolicy Łoździei i Serej.


"Dzieweczką" zaś była Marysia, najmłodsza, szesnastoletnia wówczas, córka rejenta z Białej - Ksawerego Referowskiego oraz Katarzyny z Kozierowiczów. Marysia, zwana również Marianną, miała wiele rodzeństwa, ale dla tej historii ważne będą dwie osoby. Najstarszy brat, Ludwik, były podporucznik wojska polskiego, przyjaciel Gustawa Myszkowskiego. Oraz najstarsza siostra, Helena, zamężna za rejentem z Suwałk, Janem Zapiórkiewiczem.


W tym to radosnym, 1826 roku, Maria Referowska  i Gustaw Myszkowski zawarli związek małżeński w dniu 21 listopada w mieście Białłej, w przytomności rodziców panny młodej oraz świadków - Franciszka Kobylińskiego, komendanta oddziału żandarmerii, lat trzydzieści cztery, oraz Marcina Wyrzykowskiego, kontrolera kasy obwodowej bialskiej, lat czterdzieści dwa.


Pamiętam, że mówiono mi zawsze, iż śluby zawierać należy w miesiacach, w których nazwie występuje litera "r". Dlatego te listopadowe uważane są za ryzykowne. Przesąd? Niestety w tym przypadku ów przesąd okazał się prawdziwy. 


Młodzi małżonkowie zamieszkali w dobrach Gustawa, w Kurdymoksztach. Początkowo dni płynęły radośnie, Gustaw miał wielu znajomych w różnych środowiskach, wśród okolicznego ziemiaństwa, ale również wśród młodzieży urzędniczej w Sejnach, a nawet wojewódzkim mieście Suwałkach. W Kurdymoksztach bywali więc często goście i młoda Marianna nie miała czasu żeby się nudzić. 


Wśród znajomych i przyjaciół był także młody prawnik, Alexander Gutt, patron przy Trybunale Cywilnym w Suwałkach, który po ukończeniu studiów prawniczych w Warszawie, otrzymał tę posadę w 1824 roku. Młody, dobrze się zapowiadający kawaler do wzięcia, był w 1826 roku ciągle wolny. Jak pisała z Wilna jego siostra Anna do Mikołaja Malinowskiego w grudniu 1826 roku: "Odwiedził nas Alexander i spędził z nami trzy dni. Jaki on szczęśliwy z tym swoim zawsze radosnym, żywym charakterem, z zadowoleniem wciąż malującym się na twarzy. Jego małżeństwo to czysty wymysł, mówi, że żadnej osoby o tym nazwisku nigdy nie znał." O jakim nazwisku? Anna dyskretnie nie napisała.


W 1827 roku w życiu młodych Myszkowskich zaszło tragiczne wydarzenie, którego szczegółów nie znam, ale w wyniku którego Gustaw zmarł, a Maria została siedemnastoletnią wdową. W dodatku spodziewała się dziecka i możliwych problemów spadkowych. Karusia opłakiwała swojego Jasieńka, ale na szczęście jej szwagier, rejent Zapiórkiewicz, znający doskonale ówczesne prawo rodzinne, czuwał nad interesami młodej wdowy. Zgodnie z wymogami art. 352 KCKP (Kodeks Cywilny Królestwa Polskiego) Maria zażądała we wrześniu 1827 roku powołania odpowiedniej rady familijnej przy Sądzie Pokoju w Sejnach w celu ustanowienia "kuratora ciąży". A konsekwencje zaniedbania w tym względzie mogły być bardzo nieprzyjemne, bo prawo to brzmiało:
"art 352. Jeżeli, w czasie śmierci męża, żona jest brzemienną, mianowany będzie przez radę familijną kurator z powodu ciąży. Gdy żona, czując się brzemienną, zaniedbała żądać zwołania w powyższym celu rady familijnej, będzie mogła być usuniętą od opieki nad dziecięciem, gdy się toż urodzi."


W Archiwum Państwowym w Suwałkach przechowywana jest do dzisiaj obszerna teczka owej rady familijnej. Oto ciekawsze cytaty z protokołów jej działalności. Najpierw dowiedzmy się, kogo młoda wdowa chciała widzieć w swojej radzie familijnej.




"Do Prześwietnego Sądu Pokoju
Powiatu Seyneńskiego

Dany dnia 3. Września 1827 r.

Niżej podpisana zostając w stanie brzemienności po zeszłym Gustawie de Mirów Myszkowskim, zanosi prośbę do Prześwietnego Sądu ażeby w celu mianowania Kuratora w myśl art: 352. Kodeksu Królestwa Polskiego raczył zwołać Radę familijną na czlonków której podaję:
1. W. Fryderyka de Mirów Myszkowskiego.
2. W. Gintera de Mirów Myszkowskiego.
3. W. Alexandra Gutta Patrona.
4. W. Jana Zapiórkiewicza, Rejenta.
5. W. Juliana Baranowskiego, Kassyera Dyrekcyi Szczegółowej.
6. W. Łukasza Kossakowskiego, Rejenta.

Termin do zgromadzenia teyże Rady raczy Prześwietny Sąd na dzień 15 Septembra przeznaczyć. Członkowie bez wezwania w wyznaczonym terminie dobrowolnie stają.

Zostaję z uszanowaniem,
Maryanna z Referowskich Myszkowska"


Z protokołu z pierwszego posiedzenia dowiadujemy się, że oprócz braci zmarłego, z braku innych krewnych ze strony ojcowskiej powołuje się Alexandra Gutta, jako przyjaciela zmarłego. Natomiast na "kuratora ciąży" rada wyznaczyła Jana Zapiórkiewicza, szwagra, oraz Ludwika Referowskiego, brata wdowy i nieobecnego na posiedzeniu Juliana Baranowskiego.


"Rada familijna roztrząsając wnioski Wj podaiącey, najsampierw rozpatrując się w testamencie zeszłego Wo Gustawa de Mirów, iż tenże czyniąc rozporządzenie względem maiątku zarazem oświadcza swą wolę, iż Opiekunami żony mają bydź Wni Zapiórkiewicz, Julian Baranowski i Ludwik Referowski, brat żony Jego, więc Rada familijna szanując wolę testatora zgodnie z iego [...] za Kuratora z powodu ciąży o jakim Art. 352 Kod. Cyw. Kr. Pol. mówi wybiera Wo Jana Zapiórkiewicza Rejenta Kancellaryi Ziemiańskiey Województwa Augustowskiego jako [...] przez testatora z głosem stanowczem wybranego. Postanawia iednak, że nieobecnym Wu Julianowi Baranowskiemu i Ludwikowi Referowskiemu wpływu, gdyby w tym względzie i oni mieć chcieli - iednakże do prowadzenia i kierowania interessami, o których niżej się powie szczegółowiej Wo Jana Zapiórkiewicza upoważnia, nadto tegoż do zawiadamiania powyższych dwóch współkuratorów o wolności wpływania do opieki zobowiązuje. Tu jednakże Rada familijna widzi za potrzebę dodać, iż Wy Ludwik Referowski pod tym iedynie warunkiem do Opieki wpływać będzie mocen, ieżeli się do maiątku po zeszlym iego szwagrze Wm Myszkowskim pozostałego sprowadzi i w tym mieszkać będzie."


Alexander jako członek rady familijnej ze strony ojcowskiej nie miał wiele do roboty, ale jak się ma 25 lat a wdowa 17, to i ochota do pomocy i opieki bywa większa niż rzeczywiste obowiązki. Tym niemniej Karusia nadal opłakiwała Jasieńka i ani szkiełko, ani oko młodych prawników nie przemawiały do jej romantycznej duszy.


Z czasem u Marii z Referowskich Myszkowskiej nastąpiły zmiany, przy których żałoba musiała zejść na dalszy plan.

"Do
Prezesa Prokuratoryi Jeneralney

Sąd Pokoiu Powiatu Seyneńskiego
W dalszym ciągu odpowiedzi na wezwanie Pr. Prokuratoryi Jeneralney z dnia 17 Czerwca r.b. No 18702 mam zaszczyt donieść iż sukcessor po zeszlym Gustawie de Mirów Myszkowskim na d. 19 Listopada 1827 r. urodzony nadane ma sobie na Chrzcie imiona Gustaw Jan Ludwik.
Seyny d. 21 Lipca 1828 r.
[ podpis nieczytelny ]"


W 1828 roku za mąż za kasjera województwa Augustowskiego Adama Brekowskiego wyszła najstarsza siostra Alexandra, mądra i piękna Ludwika, i zamieszkała w Sejnach. Zaprzyjaźniła się z Abłamowiczami z Justyanowa (a zwłaszcza z panią Abłamowiczową) i z Ogińskimi z Wieisiei. Alexander bywał u siostry i u Abłamowiczów częstym gościem. I wciąż nie było nic wiadomo o jego ewentualnych planach matrymonialnych. 


Tymczasem w teczce rady familijnej pojawiają się jak grom z jasnego nieba intrygujące informacje.

"Do 
Prześwietnego Sądu Pokoiu Powiatu Seyneńskiego w Suwałkach
Dnia 20 Lipca 1829 r.


Z powodu przeniesienia iuż od lat dwóch stałego zamieszkania moiego do Miasta Wojewódzkiego Suwałk mam zamiar kierunek opieki i Jnteressów familijnych małoletniego syna moiego Gustawa Myszkowskiego poddać pod zwierzchność właściwego Sądu Pokoiu Powiatu, w którym zamieszkuję i w tym właśnie celu zanoszę do Prześwietnego Sądu prosbę, ażeby akta opiekuńcze spiesznie Sądowi Pokoiu Powiatu Dąbrowskiego w Augustowie odesłać raczył.
Z winnym uszanowaniem Prześwietnego Sądu 
Nayniższa Sługa
Marya z Referowskich Myszkowska"


W Suwałkach Jan Zapiórkiewicz, kurator ciąży i szwagier, miał piękny dom murowany i piętrowy przy głównej ulicy, toteż nic dziwnego, że Helena Zapiórkiewiczowa wolała mieć młodszą siostrzyczkę na oku i rozszerzyć mężowską opiekę o siostrzaną troskę nad ciężarną, a po rozwiązaniu nad niemowlęciem. Zaprzyjaźniony również z Zapiórkiewiczami patron Alexander Gutt bywał w tym domu, a może nawet wynajmował w nim mieszkanie. Tak gęsta atmosfera opiekuńcza musiała więc przynieść określone owoce, o których dowiadujemy się z kolejnego pisma do rady familijnej.



"Do Prześwietnego Sądu Pokoju Powiatu Seyneńskiego 
Suwałki dnia 28 Lipca 1829 r.


Niżej podpisana Matka i Opiekunka nieletniego Gustawa Jana Ludwika trzech imion Myszkowskiego, postanowiwszy wejść w związki małżeńskie z Wielmożnym Alexandrem Guttem, Patronem przy Trybunale Cywilnym Województwa Augustowskiego Wydziału II, dla zadośćuczynienia Prawu w artykule 361 Kod: Cyw:K:P: Upraszam Prześwietnego Sądu aby Radę familijną wezwać raczył dla zasięgnienia od  NRF opinji czyli opieka nad małoletnim przy mnie pozostawić zechce, czy też takową komu innemu powierzy.
Przy tym nadmieniam, iż lubo akta opiekuńcze do Sądu augustowskiego odstąpione zostały, żadać dla umniejszenia [...] o zwrot takowych postaralam się i te zaraz nadeydą.
Marya Myszkowska"

Rada oczywiście powierzyła, chociaż ledwo zdążyła przed ślubem, bo posiedzenie odbyło się 28 lipca 1829 r.:


"... Rada familijna znając dostatecznie, iż W Marya Myszkowska, sprawująca dotąd opiekę nad nieletnim swym synem, takową dopełnia jak nayskuteczniey i z dobrem tym nieletniego stanowi, iż taż opieka i nadal przy Niey pozostać ma, dla zadośćuczynienia zaś Prawu w Art. 362 Kod Cyw wyżej wzmiankowanego za współopiekuna przydaie Jey przyszłego iey Małżonka Wgo Alexandra Gutta Patrona przy Trybunale Cywilnym Województwa Augustowskiego Wydziału II, wkładając mu także Obowiązek, aby rozporządzenia poprzednie Rady familijnej co do sporządzenia Inwentarza i popierania processów do skutku przywiedli. Ponieważ zaś z doniesienia współopiekuna wiadomo iest, że Inwentarz sporządzony został, więc Rada familijna tegoż obowiązuje, aby takowy dla wypełnienia dostatecznego z tem opieki do Akt złożyć raczył.
Ponieważ do opieki przybyła iedna Osoba więc stosownie do Art 395 [...] powołanego Prawa Rada familijna Wgo Jana Zapiórkiewicza Rejenta Kancellaryi Ziemiańskiej Wa Augustowskiego do zatrzymania nadal obowiązków przydanego Opiekuna obliguie.
Gdy tak Wy Alexander Gutt jako też W Jan Zapiórkiewicz obecni znayduiący się obowiązki Opieki na siebie przyjęli i gdy więcey do działania na dzisiejszym posiedzeniu nie pozostało, więc protokół ninieyszy po odczytaniu i przyjęciu przez Sędziego Pokoju i Członków Rady familijnej tudzież [...] podpisany został."


W dniu 25 sierpnia 1829 roku Alexander poprowadził Marię z Referowskich 1v. Myszkowską, wdowę, do ślubu, który odbył się w kościele pw. św. Alexandra, reprezentacyjnej świątyni Suwałk. Świadkami zawarcia małżeństwa byli Jan Zapiórkiewicz oraz Adam Brekowski. I takie były romantyczne początki ich wspólnego życia. Niestety małoletni Gustaw Myszkowski zmarł w 1837 roku, Maria zmarła w połogu w 1846 roku, a Alexander w 1862. Z dzieci Marii i Aleksandra dorosłości dożyło pięcioro. A do dzisiaj żyją potomkowie tylko dwojga z nich - Stefanii, urodzonej w 1834 r., oraz Jerzego, urodzonego w 1836 r.