sobota, 9 marca 2019

Kontrabasista Jego Królewskiej Mości




Trzeciego marca 1771 zawarli związek małżeński Jan Fischer i Teresa Olszewska. Ślub odbył się w parafii św. Krzyża w Warszawie, a świadkami byli Szymon Olszewski, Szymon Wróblewski oraz Michał Tylczer. 
Honza, bo dwudziestotrzyletni pan młody był Czechem, niedawno przybył do stolicy Królestwa Polskiego, żeby tu próbować szczęścia w swoim muzycznym fachu. Bo Honza był kontrabasistą, a kontrabas to instrument trudny ze względu na duże rozmiary, i potrzebny, bo jakaż orkiestra obyłaby się bez basowego wsparcia swojej sekcji smyczkowej. Honza nie miał więc trudności ze znalezieniem zajęcia w Warszawie, skoro już w maju 1770 roku - wtedy przypuszczalnie przybył do Warszawy - grał w doraźnie zebranym 31-osobowym zespole na imieninach króla Stanisława Augusta na zamku "przy śpiewaniach włoskich i granych koncertach". 



Wkrótce Fischerom zaczęły rodzić się dzieci, w tym córki - najstarsza Józefa, młodsza Teresa i najmłodsza Anna. Powiększająca się rodzina wymagała od ojca zwiększonego wysiłku, Jan Fischer starał się więc o stałe kontrakty, bądź w teatrze, bądź w orkiestrze królewskiej. 
W latach 1774-1781 widzimy go w składzie orkiestry teatralnej, utrzymywanej przez kamerdynera królewskiego (a nie była to bynajmniej funkcja podrzędna) Franciszka Ryxa. W pierwszym znanym składzie z 1775 roku  było 22 muzyków, w tym Fischer, tak właśnie pisany. W 1777 roku orkiestra grała również w składzie 22-osobowym, ale w połowie zmienionym w stosunku do roku 1775. Oczywiście Jan Fiszer był w niej jednym z dwóch kontrabasistów. 
W maju 1778 w Warszawie grały dwa składy, w obu wystepował Fiszer. Pierwszy skład był utrzymywany za  214 dukatów miesięcznie, drugi zaś za 185 dukatów. Gaże nie były zatem wielkie - ok 10 dukatów miesięcznie na muzyka.
W 1781 roku zaszły duże zmiany organizacyjne i obie kapele połączono.  W 1780 tzw. kapela wiedeńska Stefaniego, która składała się z czeskich muzyków rekomendowanych przez hrabiostwo Kinskich z Wiednia, została poszerzona o 4 muzyków dotychczasowego koncertmistrza Gaitana. W składzie tej  nowej orkiestry znalazł się również kontrabasista Jan Fischer. Gaża 8-10 dukatów miesięcznie to nie było dużo, ale w Warszawie zawsze były okazje do dawania lekcji i dorabiania w różny sposób.
Od 22 lutego 1784 kapelmistrzem orkiestry królewskiej został Albertini. Orkiestra liczyła 29 muzyków, w tym kontrabasista Fischer (Contra Basso). Rok ten był pamiętny ze względu na wyjazdowe koncerty w Grodnie i Nieświeżu.


Na liście muzyków orkiestry Jego Królewskiej Mości widzimy adnotację na marginesie: "Kosztują razem 2000 # rocznie w ramach gaży, oraz 100# rocznie na ubrania". 

Jak większość ludzi Oświecenia był Honza masonem. Naprawdę. Był członkiem dwóch lóż masońskich i nie wiem, czy grał tam na swoim instrumencie, ale tak utrzymuje Hass wraz z Małachowskim-Łempickim:

Niestety, niezbyt uporządkowany tryb życia muzyka orkiestry królewskiej odbił się na zdrowiu starzejącego się Fiszera.W roku 1788 lub 1791 przedstawił on Stanisławowi Augustowi petycję, w której powołując się na 17-ty rok służby w orkiestrze królewskiej (po raz pierwszy na dworze wystąpił w roku 1770, zaś w 1774 r. mógł wejść do orkiestry teatru warszawskiego) pisał, że nie jest już zdolny do wypełniania swych obowiązków i od dwóch miesięcy musi się wyręczać w zespole innym, zastępującym go muzykiem. Tymczasem do wypełnienia warunków  - 3-letniego kontraktu (podpisanego w 1787 albo 1790) pozostały mu jeszcze 2 lata.  Wnosił przeto prośbę o wcześniejsze zwolnienie go ze służby w orkiestrze. Król odpowiedział krótko: "Trzeba kontraktu dotrzymać".[AK III/1219].

W karnawale 1792 roku Fischer wydał pierwszą córkę za mąż. Narzeczony nie był może zbyt majętny, ale za to utalentowany i dobrze ustawiony. Młody malarz Józef Peszka z Krakowa, protegowany Hugona Kołłątaja i Franciszka Smuglewicza, popierany był także przez króla Stanisława Augusta i w Warszawie był zarzucony zamówieniami na portrety osobistości związanych z Sejmem Wielkim. A poza tym Józefa Fischerówna go sobie wybrała.

W spisie mieszkańców Warszawy z 1792 r. muzyk królewski Jan Fischer jest odnotowany. Niestety trudno mi ustalić, który to z Fiszerów lub Fischerów jest właścicielem każdego z siedmiu ówczesnych warszawskich domów i kamienic. Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się, że Jan Fischer był właścicielem domu przy ulicy Nowolipie, numer policyjny 2419. Jako właściciel występuje już w spisie z 1784 roku, a jest nim także w 1792 roku. Później znika. Dom był drewniany, a ulica w owym czasie miała charakter podmiejski, z licznymi ogrodami i drewnianymi zabudowaniami. Adres ten był jednakże nieodległy od placu Krasińskich, gdzie mieścił się teatr publiczny Ryxa, więc dogodny dla muzyka.

Ale czarne chmury nad Rzeczpospolitą sprawiają, że orkiestra królewska zostaje rozwiązana, na portrety zabrakło popytu, a w czasie wojny muzy muszą zamilknąć. W 1793 roku Peszka wyjechał do Grodna, a następnie do Wilna, w którym wcześniej, w 1788 roku, wraz ze Smuglewiczem dekorował katedrę. Wobec braku perspektyw w wojennej Warszawie, ściągnął też do Wilna żonę i jej rodzinę. A od 1798 roku, gdy został przez pełniącego funkcję profesora na Uniwersytecie Wileńskim Smuglewicza mianowany adiunktem, nie przyjął tego stanowiska, wyjeżdżając do brata do Moskwy. Ale Fiszerowie zostali już w Wilnie, gdzie druga córka, Teresa Fischerówna, wyszła za mąż za miejscowego, dorabiającego się aptekarza, Niemca, kalwinisty, mającego ambicje naukowe, Jerzego Gutta. W 1798 roku Guttom urodziła się córka Ludwika Tekla, to drugie imię łączyło Ludwikę z jej przyrodnią siostrą Teklą Peszkówną. A w 1800 roku Gutt kupił duży dom przy Zamkowej, gdzie wszyscy się pomieścili.

Jan Fiszer i jego żona Teresa żyli w Wilnie w miarę spokojnie do czasu wojny Napoleona z Moskwą. Niestety Honza zmarł w 1812 roku, a jego żona w 1815. Oboje zostali pochowani na cmentarzu w Werkach w jednym grobie, pod wspólnym głazem pamiątkowym.

wtorek, 5 marca 2019

Romantyczność

— „Tyżeś to w nocy? to ty Jasieńku!
Ach! i po śmierci kocha!
Tutaj, tutaj, pomaleńku,
Czasem usłyszy macocha!…

Niech sobie słyszy… już nie ma ciebie,
Już po twoim pogrzebie!
Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!…
Czego się boję mego Jasieńka?
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!

I sam ty biały jak chusta,
Zimny… jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśń mnie, do ust usta!…

Ach, jak tam zimno musi być w grobie!
Umarłeś, tak, dwa lata!
Weź mię, ja umrę przy tobie,
Nie lubię świata."
Adam Mickiewicz, Romantyczność


Ale cofnijmy się o te dwa lata, do roku 1826, bo wtedy to zacznie się nasza historia. "Jasieńkiem" był piekny i młody, bo dwudziestopięcioletni, właśnie uwolniony z wojska polskiego porucznik Gustaw Fryderyk dwojga imion Myszkowski ze starożytnego małopolskiego rodu Myszkowskich de Mirów, a dokładnie tej gałęzi, która przeniosła się do Prus i służyła królowi Fryderykowi Wielkiemu. Ojciec Gustawa za tę wierną służbę dostał od króla Fryderyka dobra Święto-Jeziory w powiecie sejneńskim, które po pierwszym rozbiorze Polski dostały się w ręce prusackie. Piękny Gustaw miał jeszcze dwóch braci i siostrę, a ojciec podzielił Święto-Jeziory tak, by każde z dzieci otrzymało po jego śmierci swoją część. Tak więc Gustaw był panem na Kurdymoksztach i Okociu i kilku innych jeszcze miejscowościach w okolicy Łoździei i Serej.


"Dzieweczką" zaś była Marysia, najmłodsza, szesnastoletnia wówczas, córka rejenta z Białej - Ksawerego Referowskiego oraz Katarzyny z Kozierowiczów. Marysia, zwana również Marianną, miała wiele rodzeństwa, ale dla tej historii ważne będą dwie osoby. Najstarszy brat, Ludwik, były podporucznik wojska polskiego, przyjaciel Gustawa Myszkowskiego. Oraz najstarsza siostra, Helena, zamężna za rejentem z Suwałk, Janem Zapiórkiewiczem.


W tym to radosnym, 1826 roku, Maria Referowska  i Gustaw Myszkowski zawarli związek małżeński w dniu 21 listopada w mieście Białłej, w przytomności rodziców panny młodej oraz świadków - Franciszka Kobylińskiego, komendanta oddziału żandarmerii, lat trzydzieści cztery, oraz Marcina Wyrzykowskiego, kontrolera kasy obwodowej bialskiej, lat czterdzieści dwa.


Pamiętam, że mówiono mi zawsze, iż śluby zawierać należy w miesiacach, w których nazwie występuje litera "r". Dlatego te listopadowe uważane są za ryzykowne. Przesąd? Niestety w tym przypadku ów przesąd okazał się prawdziwy. 


Młodzi małżonkowie zamieszkali w dobrach Gustawa, w Kurdymoksztach. Początkowo dni płynęły radośnie, Gustaw miał wielu znajomych w różnych środowiskach, wśród okolicznego ziemiaństwa, ale również wśród młodzieży urzędniczej w Sejnach, a nawet wojewódzkim mieście Suwałkach. W Kurdymoksztach bywali więc często goście i młoda Marianna nie miała czasu żeby się nudzić. 


Wśród znajomych i przyjaciół był także młody prawnik, Alexander Gutt, patron przy Trybunale Cywilnym w Suwałkach, który po ukończeniu studiów prawniczych w Warszawie, otrzymał tę posadę w 1824 roku. Młody, dobrze się zapowiadający kawaler do wzięcia, był w 1826 roku ciągle wolny. Jak pisała z Wilna jego siostra Anna do Mikołaja Malinowskiego w grudniu 1826 roku: "Odwiedził nas Alexander i spędził z nami trzy dni. Jaki on szczęśliwy z tym swoim zawsze radosnym, żywym charakterem, z zadowoleniem wciąż malującym się na twarzy. Jego małżeństwo to czysty wymysł, mówi, że żadnej osoby o tym nazwisku nigdy nie znał." O jakim nazwisku? Anna dyskretnie nie napisała.


W 1827 roku w życiu młodych Myszkowskich zaszło tragiczne wydarzenie, którego szczegółów nie znam, ale w wyniku którego Gustaw zmarł, a Maria została siedemnastoletnią wdową. W dodatku spodziewała się dziecka i możliwych problemów spadkowych. Karusia opłakiwała swojego Jasieńka, ale na szczęście jej szwagier, rejent Zapiórkiewicz, znający doskonale ówczesne prawo rodzinne, czuwał nad interesami młodej wdowy. Zgodnie z wymogami art. 352 KCKP (Kodeks Cywilny Królestwa Polskiego) Maria zażądała we wrześniu 1827 roku powołania odpowiedniej rady familijnej przy Sądzie Pokoju w Sejnach w celu ustanowienia "kuratora ciąży". A konsekwencje zaniedbania w tym względzie mogły być bardzo nieprzyjemne, bo prawo to brzmiało:
"art 352. Jeżeli, w czasie śmierci męża, żona jest brzemienną, mianowany będzie przez radę familijną kurator z powodu ciąży. Gdy żona, czując się brzemienną, zaniedbała żądać zwołania w powyższym celu rady familijnej, będzie mogła być usuniętą od opieki nad dziecięciem, gdy się toż urodzi."


W Archiwum Państwowym w Suwałkach przechowywana jest do dzisiaj obszerna teczka owej rady familijnej. Oto ciekawsze cytaty z protokołów jej działalności. Najpierw dowiedzmy się, kogo młoda wdowa chciała widzieć w swojej radzie familijnej.




"Do Prześwietnego Sądu Pokoju
Powiatu Seyneńskiego

Dany dnia 3. Września 1827 r.

Niżej podpisana zostając w stanie brzemienności po zeszłym Gustawie de Mirów Myszkowskim, zanosi prośbę do Prześwietnego Sądu ażeby w celu mianowania Kuratora w myśl art: 352. Kodeksu Królestwa Polskiego raczył zwołać Radę familijną na czlonków której podaję:
1. W. Fryderyka de Mirów Myszkowskiego.
2. W. Gintera de Mirów Myszkowskiego.
3. W. Alexandra Gutta Patrona.
4. W. Jana Zapiórkiewicza, Rejenta.
5. W. Juliana Baranowskiego, Kassyera Dyrekcyi Szczegółowej.
6. W. Łukasza Kossakowskiego, Rejenta.

Termin do zgromadzenia teyże Rady raczy Prześwietny Sąd na dzień 15 Septembra przeznaczyć. Członkowie bez wezwania w wyznaczonym terminie dobrowolnie stają.

Zostaję z uszanowaniem,
Maryanna z Referowskich Myszkowska"


Z protokołu z pierwszego posiedzenia dowiadujemy się, że oprócz braci zmarłego, z braku innych krewnych ze strony ojcowskiej powołuje się Alexandra Gutta, jako przyjaciela zmarłego. Natomiast na "kuratora ciąży" rada wyznaczyła Jana Zapiórkiewicza, szwagra, oraz Ludwika Referowskiego, brata wdowy i nieobecnego na posiedzeniu Juliana Baranowskiego.


"Rada familijna roztrząsając wnioski Wj podaiącey, najsampierw rozpatrując się w testamencie zeszłego Wo Gustawa de Mirów, iż tenże czyniąc rozporządzenie względem maiątku zarazem oświadcza swą wolę, iż Opiekunami żony mają bydź Wni Zapiórkiewicz, Julian Baranowski i Ludwik Referowski, brat żony Jego, więc Rada familijna szanując wolę testatora zgodnie z iego [...] za Kuratora z powodu ciąży o jakim Art. 352 Kod. Cyw. Kr. Pol. mówi wybiera Wo Jana Zapiórkiewicza Rejenta Kancellaryi Ziemiańskiey Województwa Augustowskiego jako [...] przez testatora z głosem stanowczem wybranego. Postanawia iednak, że nieobecnym Wu Julianowi Baranowskiemu i Ludwikowi Referowskiemu wpływu, gdyby w tym względzie i oni mieć chcieli - iednakże do prowadzenia i kierowania interessami, o których niżej się powie szczegółowiej Wo Jana Zapiórkiewicza upoważnia, nadto tegoż do zawiadamiania powyższych dwóch współkuratorów o wolności wpływania do opieki zobowiązuje. Tu jednakże Rada familijna widzi za potrzebę dodać, iż Wy Ludwik Referowski pod tym iedynie warunkiem do Opieki wpływać będzie mocen, ieżeli się do maiątku po zeszlym iego szwagrze Wm Myszkowskim pozostałego sprowadzi i w tym mieszkać będzie."


Alexander jako członek rady familijnej ze strony ojcowskiej nie miał wiele do roboty, ale jak się ma 25 lat a wdowa 17, to i ochota do pomocy i opieki bywa większa niż rzeczywiste obowiązki. Tym niemniej Karusia nadal opłakiwała Jasieńka i ani szkiełko, ani oko młodych prawników nie przemawiały do jej romantycznej duszy.


Z czasem u Marii z Referowskich Myszkowskiej nastąpiły zmiany, przy których żałoba musiała zejść na dalszy plan.

"Do
Prezesa Prokuratoryi Jeneralney

Sąd Pokoiu Powiatu Seyneńskiego
W dalszym ciągu odpowiedzi na wezwanie Pr. Prokuratoryi Jeneralney z dnia 17 Czerwca r.b. No 18702 mam zaszczyt donieść iż sukcessor po zeszlym Gustawie de Mirów Myszkowskim na d. 19 Listopada 1827 r. urodzony nadane ma sobie na Chrzcie imiona Gustaw Jan Ludwik.
Seyny d. 21 Lipca 1828 r.
[ podpis nieczytelny ]"


W 1828 roku za mąż za kasjera województwa Augustowskiego Adama Brekowskiego wyszła najstarsza siostra Alexandra, mądra i piękna Ludwika, i zamieszkała w Sejnach. Zaprzyjaźniła się z Abłamowiczami z Justyanowa (a zwłaszcza z panią Abłamowiczową) i z Ogińskimi z Wieisiei. Alexander bywał u siostry i u Abłamowiczów częstym gościem. I wciąż nie było nic wiadomo o jego ewentualnych planach matrymonialnych. 


Tymczasem w teczce rady familijnej pojawiają się jak grom z jasnego nieba intrygujące informacje.

"Do 
Prześwietnego Sądu Pokoiu Powiatu Seyneńskiego w Suwałkach
Dnia 20 Lipca 1829 r.


Z powodu przeniesienia iuż od lat dwóch stałego zamieszkania moiego do Miasta Wojewódzkiego Suwałk mam zamiar kierunek opieki i Jnteressów familijnych małoletniego syna moiego Gustawa Myszkowskiego poddać pod zwierzchność właściwego Sądu Pokoiu Powiatu, w którym zamieszkuję i w tym właśnie celu zanoszę do Prześwietnego Sądu prosbę, ażeby akta opiekuńcze spiesznie Sądowi Pokoiu Powiatu Dąbrowskiego w Augustowie odesłać raczył.
Z winnym uszanowaniem Prześwietnego Sądu 
Nayniższa Sługa
Marya z Referowskich Myszkowska"


W Suwałkach Jan Zapiórkiewicz, kurator ciąży i szwagier, miał piękny dom murowany i piętrowy przy głównej ulicy, toteż nic dziwnego, że Helena Zapiórkiewiczowa wolała mieć młodszą siostrzyczkę na oku i rozszerzyć mężowską opiekę o siostrzaną troskę nad ciężarną, a po rozwiązaniu nad niemowlęciem. Zaprzyjaźniony również z Zapiórkiewiczami patron Alexander Gutt bywał w tym domu, a może nawet wynajmował w nim mieszkanie. Tak gęsta atmosfera opiekuńcza musiała więc przynieść określone owoce, o których dowiadujemy się z kolejnego pisma do rady familijnej.



"Do Prześwietnego Sądu Pokoju Powiatu Seyneńskiego 
Suwałki dnia 28 Lipca 1829 r.


Niżej podpisana Matka i Opiekunka nieletniego Gustawa Jana Ludwika trzech imion Myszkowskiego, postanowiwszy wejść w związki małżeńskie z Wielmożnym Alexandrem Guttem, Patronem przy Trybunale Cywilnym Województwa Augustowskiego Wydziału II, dla zadośćuczynienia Prawu w artykule 361 Kod: Cyw:K:P: Upraszam Prześwietnego Sądu aby Radę familijną wezwać raczył dla zasięgnienia od  NRF opinji czyli opieka nad małoletnim przy mnie pozostawić zechce, czy też takową komu innemu powierzy.
Przy tym nadmieniam, iż lubo akta opiekuńcze do Sądu augustowskiego odstąpione zostały, żadać dla umniejszenia [...] o zwrot takowych postaralam się i te zaraz nadeydą.
Marya Myszkowska"

Rada oczywiście powierzyła, chociaż ledwo zdążyła przed ślubem, bo posiedzenie odbyło się 28 lipca 1829 r.:


"... Rada familijna znając dostatecznie, iż W Marya Myszkowska, sprawująca dotąd opiekę nad nieletnim swym synem, takową dopełnia jak nayskuteczniey i z dobrem tym nieletniego stanowi, iż taż opieka i nadal przy Niey pozostać ma, dla zadośćuczynienia zaś Prawu w Art. 362 Kod Cyw wyżej wzmiankowanego za współopiekuna przydaie Jey przyszłego iey Małżonka Wgo Alexandra Gutta Patrona przy Trybunale Cywilnym Województwa Augustowskiego Wydziału II, wkładając mu także Obowiązek, aby rozporządzenia poprzednie Rady familijnej co do sporządzenia Inwentarza i popierania processów do skutku przywiedli. Ponieważ zaś z doniesienia współopiekuna wiadomo iest, że Inwentarz sporządzony został, więc Rada familijna tegoż obowiązuje, aby takowy dla wypełnienia dostatecznego z tem opieki do Akt złożyć raczył.
Ponieważ do opieki przybyła iedna Osoba więc stosownie do Art 395 [...] powołanego Prawa Rada familijna Wgo Jana Zapiórkiewicza Rejenta Kancellaryi Ziemiańskiej Wa Augustowskiego do zatrzymania nadal obowiązków przydanego Opiekuna obliguie.
Gdy tak Wy Alexander Gutt jako też W Jan Zapiórkiewicz obecni znayduiący się obowiązki Opieki na siebie przyjęli i gdy więcey do działania na dzisiejszym posiedzeniu nie pozostało, więc protokół ninieyszy po odczytaniu i przyjęciu przez Sędziego Pokoju i Członków Rady familijnej tudzież [...] podpisany został."


W dniu 25 sierpnia 1829 roku Alexander poprowadził Marię z Referowskich 1v. Myszkowską, wdowę, do ślubu, który odbył się w kościele pw. św. Alexandra, reprezentacyjnej świątyni Suwałk. Świadkami zawarcia małżeństwa byli Jan Zapiórkiewicz oraz Adam Brekowski. I takie były romantyczne początki ich wspólnego życia. Niestety małoletni Gustaw Myszkowski zmarł w 1837 roku, Maria zmarła w połogu w 1846 roku, a Alexander w 1862. Z dzieci Marii i Aleksandra dorosłości dożyło pięcioro. A do dzisiaj żyją potomkowie tylko dwojga z nich - Stefanii, urodzonej w 1834 r., oraz Jerzego, urodzonego w 1836 r.







czwartek, 28 lutego 2019

Tajemniczy Józef Peszka


Prawda, że ładny portret? Państwo profesorostwo krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Markowscy. Nie, to nie moja rodzina, ale mój ulubiony portret z ręki Józefa Peszki, krakowskiego malarza, ucznia wielkiego Smuglewicza. Peszkę znamy głównie jako portrecistę dworskiego (seria portretów uczestników Sejmu Wielkiego, wizerunki rodzin polskiej arystokracji), malarza scen historycznych oraz małych akwarel rodzajowych z architekturą na tle pejzażu. 

Wspominałem już wcześniej (https://guttowie.blogspot.com/2014/11/warszawa-prapradziadka-aleksandra-od.html) o kolekcji obrazów Józefa Peszki, znajdującej się w warszawskim mieszkaniu mojego prapradziadka. Była to kolekcja na tyle znacząca, że została uwzględniona w "Słowniku malarzów polskich" Rastawieckiego z 1851 roku. Rastawiecki na pewno był w tym salonie i widział obrazy, gdyż opisuje je jak naoczny świadek. 



No cóż, pradziadek musiał być wielbicielem tego malarza, pomyślałem. Ale gdy nieco niżej znalazłem kolejny zbiór obrazów Peszki, tym razem w Wilnie w salonie Mikołaja i Anny z Guttów Malinowskiej, już czułem, że to nie może być przypadek.


Wygląda na to, że rodzinę Guttów i rodzinę Peszków łączyła jakaś więź bliższa niż tylko admiracja dla sztuki. Chwileczkę, rzućmy okiem na akt urodzenia prapradziadka Aleksandra, wpisany w księdze urodzeń parafii luterańskiej w Wilnie w 1802 roku:


Ojciec to George Gutt aptekarz (medyk). Matką jest Theresia Gutt z domu (geborene) Fischer, a wśród świadków frau Josepha Peszkin - Józefa Peszkowa! Kim była dla Guttów Józefa Peszkowa, że poproszono ją o tę przysługę - przyjaciółką domu, a może krewną? 

Powołam się na chwilę na fragment życiorysu malarza, opublikowany w Wiadomościach ASP w Krakowie nr 59 z 2012 roku, napisanego przez Michała Pilikowskiego, zawierający ważną wskazówkę:"...najbliższą rodziną Józefa Peszki była jego żona, nieznana z imienia córka Fiszera, kontrabasisty kapeli królewskiej, i ich córka Tekla."

Rzeczywiście, Józef Peszka zawarł związek małżeński z Józefą Fiszer w kościele św. Krzyża w Warszawie w 1791 roku, a więc w apogeum prac nad portretami przywódców Sejmu Czteroletniego. Co ciekawsze, świadkiem na tym ślubie był ojciec panny młodej, Jan Fiszer:


Jak to miło, że możemy nareszcie nazwać tajemniczego Józefa Peszkę naszym drogim wujem - mężem ciotki prapradziadka Aleksandra.  Ale żeby podsumować tę historię należałoby przypomnieć, że Józefa i Teresa Fiszerówny miały jeszcze jedną siostrę - Annę. A ich matką była Teresa z Olszewskich Fiszerowa, z którą ich ojciec Jan ożenił się w tymże samym  kościele św. Krzyża w Warszawie:


Wróćmy jeszcze do życiorysu wuja Peszki z Wiadomości ASP:

"Józef Peszka urodził się 19 II 1767 r. w Krakowie. Naprawdę nazywał się Marcin Fryderyk Józef Peschka, Peschke lub Peszke, jednak z biegiem lat pozbył się dwóch pierwszych imion i ustalił pisownię nazwiska. Pierwszy dyrektor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie przyszedł na świat w zamożnej rodzinie mieszczańskiej o korzeniach niemieckich jako syn Piotra Pawła i Sabiny. W Krakowie w latach 1777–1781 uczył się w Szkole Nowodworskiej, a następnie pobierał lekcje rysunku i malarstwa u Dominika Estreichera. W pracowni Estreichera Peszka poznał Hugona Kołłątaja, który poradził mu kontynuowanie nauki malarstwa w Warszawie. W 1786 r. udał się do stolicy i, korzystając nadal z opieki twórcy Kuźnicy Kołłątajowskiej, podjął naukę malarstwa pod kierownictwem Franciszka Smuglewicza. Niebawem Peszka zjednał sobie sympatię wybitnego malarza, stając się z czasem jego ulubionym uczniem i przyjacielem. Od 1785 do 1788 r. Smuglewicz, w towarzystwie swego ucznia, przebywał w Wilnie, gdzie zajął się wykonaniem dekoracji tamtejszej katedry oraz innych prac malarskich na dworze biskupa wileńskiego. W 1788 r. Peszka znalazł się z powrotem w Warszawie i rozpoczął błyskotliwą karierę na dworze królewskim w ostatnich latach funkcjonowania państwa polskiego. 2 IV 1788 r. cieszący się coraz większym uznaniem młody malarz otrzymał od króla Stanisława Augusta Poniatowskiego 20 czerwonych złotych w celu „zachęcenia do aplikacji mego ubogiego talentu”. W następstwie tego zlecenia Peszka, u progu Sejmu Czteroletniego, odwiedzał króla na zamku, pokazując mu swe obrazy i rysunki, w ten sposób starając się rozbudzić „ubogi talent” monarchy. W roku następnym Rada Miasta Warszawy zleciła Peszce namalowanie wizerunków 12 wybitnych postaci biorących udział w obradach Sejmu Czteroletniego; portrety te zostały wykonane do 1792 r. i zawisły w miejskim ratuszu. Z warszawskim okresem działalności Józefa Peszki można jeszcze wiązać powstanie takich obrazów jak Zaprzysiężenie Konstytucji trzeciego maja przez Stanisława Augusta czy Król Stanisław August na koniu otoczony sztabem oficerów. W 1793 r. wyjechał do Grodna, a następnie udał się do Wilna. W mieście tym zeszły się znowu drogi Smuglewicza i Peszki. W 1798 r. nauczyciel Peszki mianowany został profesorem malarstwa Uniwersytetu Wileńskiego i uczynił swego protegowanego adiunktem. Peszka nie objął jednak tego stanowiska, gdyż w tym samym roku wyjechał do Moskwy, gdzie jego brat sprawował godność rektora księży misjonarzy. Swój pobyt w Moskwie udokumentował zestawem dziesięciu krajobrazów, w których próbował uchwycić piękno tamtejszej architektury. W 1800 r. artysta powrócił do Wilna, a następnie, razem ze Smuglewiczem, wyjechał do Petersburga. Malarze wykonali tam malowidła ścienne w Zamku Michajłowskim; Peszka stworzył też wiele widoków Stolicy Carów. W 1802 r. powrócił znowu do Wilna, które – jak się wydaje – stanowiło dla niego bazę do wielu podjętych w tych latach podróży, w czasie których malował głównie portrety znaczących osobistości. 18 IX 1807 r. w Wilnie zmarł Franciszek Smuglewicz; mimo starań Peszce nie udało się objąć nieobsadzonej po jego śmierci katedry malarstwa Uniwersytetu Wileńskiego. W 1807 r. w Nieświeżu został malarzem Radziwiłłów, dla których wykonał wiele portretów rodzinnych i widoków ich posiadłości. 6 V 1809 r. otrzymał tytuł magistra sztuk pięknych Uniwersytetu w Wilnie. W latach 1809–1810 przebywał w Grodnie i Mińsku, a następnie od 1810 do 1812 r. w Wilnie. W tym okresie powstał Portret zbiorowy rodziny Peszków z autoportretem artysty. W 1813 r. Józef Peszka przyjechał do Krakowa. 24 VI 1814 r. w Gazecie Krakowskiej” zamieścił ogłoszenie, w którym reklamował się jako wykonawca portretów „lub całej familii w jednym ułożeniu w najlepszym guście”. Wkrótce zaczął otrzymywać zamówienia od osób prywatnych i instytucji publicznych. Jeżeli malarz łączył z nowymi władzami Wolnego Miasta Krakowa nadzieje na zamówienia, to nie pomylił się w swoich obliczeniach. Przedstawiciele krakowskiego Senatu Rządzącego postanowili ozdobić salę posiedzeń swoimi portretami w zbiorowej scenie Nadania konstytucji Wolnemu Miastu Krakowowi przez komisarzy organizacyjnych 11 IX 1818 r. Autorem tego dzieła był Józef Peszka, który namalował również w roku 1819 portret prezesa Senatu Rządzącego Wolnego Miasta Krakowa, Stanisława Wodzickiego. Józef Peszka jako pierwszy piastował godność dyrektora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (a raczej Szkoły Malarskiej działającej w ramach Oddziału Filozoficzno‑Literackiego Wydziału Filozoficznego (Uniwersytetu Jagiellońskiego). Urząd ten Peszka sprawował do swojej śmierci w roku 1831."

Józef Peszka zmarł na cholerę. Został pochowany na cmentarzu Rakowickim, ale jego grób się nie zachował. Nie znam dalszych losów ciotki Józefy. Natomiast Jan Fiszer zmarł w 1812 roku, a Teresa z Olszewskich, jego żona, w 1815, oboje w Wilnie. Zostali pochowani razem na cmentarzu w  Werkach - Kalwarii Wileńskiej. W 1832 roku zmarła ich córka Teresa z Fiszerów Guttowa, a w 1851 Anna Fiszerówna. Obie również spoczęły na tym cmentarzu. Dzisiaj ich nagrobki można znaleźć tuż przy dolnym wejściu na cmentarz, obok początku schodów kalwaryjskich. 





środa, 5 września 2018

W salonie u Moniuszków

Wspominałem ostatnio wiele razy o Edwardzie Ilcewiczu, moim prapradziadku, prezydencie Suwałk, przyjacielu Stanisława Moniuszki. W opublikowanej korespondencji kompozytora jest szereg listów pisanych do Ilcewicza, które mój pradziadek Jerzy Gutt, zięć Ilcewicza, podarował Warszawskiemu Towarzystwu Muzycznemu. Listy dotyczą spraw codziennych, ale też twórczości mistrza i wzajemnym stosunkom obu rodzin. Może kiedyś szczegółowiej je omówię. Dzisiaj natomiast proponuję smakowity obrazek rodzajowy opisany przez współpracownika i przyjaciela Moniuszki, Aleksandra Walickiego. 
Rzecz dzieje się w salonie Moniuszków, w wileńskim domu pani Muellerowej, teściowej kompozytora, latem 1849 roku. Jest obiad, na który zaproszono grono przyjaciół, w tym Walickiego. Nagle pukanie do drzwi, a w progu pojawia się nieznany młodzieniec z listem w ręce i pudłem ze skrzypcami pod pachą. To Frankenstein, skrzypek z Warszawy. Moniuszko czyta list i zaprasza go do wspólnego muzykowania. W salonie pojawiają się śpiewacy zaprzyjaźnieni z Moniuszką, w tym oboje Ilcewiczowie - Edward i jego żona Ludwika, córka znanego wileńskiego wydawcy i drukarza Antoniego Marcinowskiego. To moi prapradziadkowie. Jest rok 1849, więc moja prababka, też Ludwika po matce, być może już jest na świecie, albo, być może, lada chwila się urodzi. Walicki pisze, że młody skrzypek dostaje kolejne listy poparcia, a jednym z popierajacych jest inny mój krewny, "pan Mikołaj Malinowski" znawca pism greckich. Bardzo mnie te wspomnienia ucieszyły, bo są plastycznym obrazem życia kulturalnego w Wilnie w połowie XIX wieku i sprawiają, że moi bliscy stają się bardziej jeszcze bliscy.


piątek, 16 lutego 2018

c.d. ślubu w Janowcu - pechowy weterynarz


W poprzednim rozdziale, o ślubie Marii i Mariana Barlickich w Janowcu, wspomniałem, że świadkiem był wuj panny młodej Adam Bernard Franciszek trojga imion Edwardowicz Ilcewicz, lekarz weterynarii z Łowicza. Warto poszerzyć informację o tej postaci, chociaż dla dalszych losów rodziny Guttów potomkowie Adama nie mieli już większego znaczenia.

Ojciec Ludwiki, mojej prababki oraz jej młodszego braciszka Adama, Edward Ilcewicz urodził się w Trokach na Litwie. Od co najmniej 1850 roku był pomocnikiem sekretarza w zarządzie wileńskiego wojennego gubernatora i generał gubernatora grodzieńskiego i kowieńskiego, w 1862 roku awansował na młodszego sekretarza, a 7 lipca 1863 roku został sekretarzem wileńskiego gubernialnego zarządu ds. włościańskich. Od 1850 r.  sekretarz kolegialny, 1855-1860 radca tytularny, 1864 radca dworu. Niespodziewanie w końcu tego roku objął obowiązki prezydenta Suwałk. Na urząd prezydenta został zainstalowany 28 grudnia 1864 roku, a faktycznie objął go 1 stycznia 1865 roku. Zwolniony z urzędu zapewne w 1869 roku, został nim ponownie ok. 1874 roku i pełnił aż do śmierci. Z urzędu jako prezydent w 1882 roku był członkiem zarządu straży ogniowej w Suwałkach. Zmarł nagle w 1883 r.


Ten króciutki rys historyczny potrzebny jest, by pokazać, że Adam Ilcewicz miał trudne dzieciństwo. Starsza siostra jego, Ludwika urodziła się w 1850 roku i wyjazd do Suwałk w dni bezpośrednio po upadku powstania styczniowego przeżywała bardzo patriotycznie – kurator okręgu szkolnego Sołtanowski skarżył się, że buntowała młodzież męską tutejszego gimnazjum. Natomiast urodzony w 1864 roku Adam był w tym czasie oseskiem, aż dziwne, że matka zdecydowała się na opuszczenie z nim Wilna i budowę nowego domu w Suwałkach.

Tymczasem Adam wyrósł, odbył studia i został lekarzem weterynarii. Po studiach początkowo zamieszkał w Ostrowi Mazowieckiej, ale wkrótce objął stanowisko powiatowego lekarza weterynarii w Pułtusku i ożenił się w 1892 roku z Władysławą Benigną Chylińską, urodzoną w Suwałkach córką Władysława Chylińskiego i Benigny z Godlewskich. Dwudziestopięcioletnia wówczas Władysława z Chylińskich Ilcewiczowa była już ciotką urodzonej w 1885 roku Zosieńki Chylińskiej, tej, która za kilkanaście lat zostanie żoną jednego z najbardziej niezwykłych współczesnych polskich poetów, Bolesława Leśmiana. Tak, Leśmian mówił do Adama Ilcewicza – „mój wuju”!


Adamowi i Władysławie urodziła się w następnym roku córka Maria Władysława, a później, w 1895 r.  syn Jan. W końcu lat 90-tych Adam Ilcewicz został weterynarzem powiatowym w Łowiczu, gdzie przeniósł się z rodziną. Wkrótce radca dworu Ilcewicz stał się osobą znaczącą wśród łowickiej inteligencji. Między innym zasłużył się biorąc udział w założeniu w 1901 roku Towarzystwa Wzajemnego Kredytu w Łowiczu (http://lowiczanin.info/wiki/index.php?title=Towarzystwo_Wzajemnego_Kredytu), znanego i istniejącego do dziś w formie spółdzielczej Banku Ziemi Łowickiej, którego był członkiem Rady Nadzorczej przez szereg lat wspólnie z Władysławem Grabskim, późniejszym premierem rządu IIRP i autorem reformy pieniężnej.


Nie wiem, jak to było w tej Komisji Rewizyjnej – pewnie Grabski nad wszystkim czuwał – bo Adam do pieniędzy miał stosunek chyba ambiwalentny, co stało się przyczyną jego późniejszych kłopotów z magistratem i rosyjskimi prokuratorami.

Teraz przejdę do akt sprawy prowadzonej przez prokuraturę warszawską w latach 1909-1910  przeciwko Adamowi Ilcewiczowi i dwóm innym osobom o niedopełnienie obowiązków urzędowych.

W 1906 roku rząd gubernialny warszawski udzielił zgody łowickiemu magistratowi na pobór opłat za ubój zwierząt z hodowli gospodarskiej w miejskiej rzeźni. Odpowiedzialnym za działalność rzeźni był powiatowy lekarz weterynarii. Bezpośrednią kontrolę, w szczególności przestrzeganie procedury sprawował strażnik weterynaryjny Piotr Gorodnik.  Według ustaleń śledczych procedura powinna przebiegać w następujący sposób:  zgłaszający się do rzeźni chłopi mieli najpierw wpłacić taksę do kasy miejskiej, a kwit wydany przez kasjera Ludwika Zarembę mieli okazać przy przekazaniu zwierząt do uboju Gorodnikowi. Tymczasem często zdarzało się, że Zaremba był nieobecny lub nie mógł wydać pokwitowania, gdyż zgubił lub zapomniał formularzy. W tej sytuacji Ilcewicz przymykał oko, gdy Gorodnik odbierał gotówkę bezpośrednio od chłopów, nie wydając im pokwitowań, i zanosił ją Zarembie, który w zależności od sytuacji wydawał mu zbiorcze pokwitowanie, lub nie wydawał. Proceder taki trwał od 1907 do 1909 roku i według obliczeń śledczych, wynikających z różnic w raportowanej ilości ubitego bydła i trzody, straty magistratu mogły wynieść ok. 800-900 rubli.



Jak można się domyślić, wina oskarżonych była oczywista, a kariera Ilcewicza jako powiatowego weterynarza, skończona.
Po I Wojnie rodzina Ilcewiczów mieszkała w Łowiczu nadal. Przy Rynku Kościuszki 2 w latach 1920-1930 mieszkał syn Adama Jan, którego pamiętał jeszcze mój ojciec.


Jan ukończył studia geodezyjne i został porucznikiem saperów – stacjonował w Łowiczu, a w 1939 roku mieszkał w Częstochowie. Na zdjęciu z 1919 roku widzimy młodego człowieka w mundurze - miał wtedy 24 lata. Jego siostra Maria wyszła za mąż za Topolskiego, naczelnego inżyniera kopalni „Paryż” (później „Aleksander Zawadzki”) w Dąbrowie Górniczej. W tej samej Dąbrowie, w której dyrektorem szpitala został Marian Barlicki, mąż tejże Marysi z Mszadli spod Janowca.




środa, 31 stycznia 2018

Ślub w Janowcu

Pamiętam jako siedmioletni dzieciak spędzałem z rodzicami wakacje na zamku w Janowcu u pana Kozłowskiego, jedynego chyba w PRL-u właściciela zamku. A było to 22 lipca, więc ku czci Firlejów pan Kozłowski z moim ojcem załadowali zamkową armatę skądś zdobytym prochem i strzelili na wiwat, aż się resztka tynku z murów posypała. W ciągu pół godziny dwóch milicjantów na rowerach wjechało na dziedziniec i ojca mojego z panem Kozłowskim chwilowo zatrzymali, ale po wyjaśnieniu celu tej salwy, zwolnili. To wydarzenie mi się przypomniało, gdy zacząłem pisać o innej hucznej uroczystości, tym razem rodzinnej, która miała tu miejsce w 1901 roku, o ślubie siostry mojego dziadka z bratem późniejszego polityka II RP. Oto jak się sprawy miały...

Po przedwczesnej śmierci sędziego Aleksandra Gutta w grudniu 1862 roku rada familijna, zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, zatwierdziła podział majątku między jego synów, uznając, że córki z chwilą zamążpójścia zostały już właściwie zaopatrzone. Tak więc właścicielem Trakian i Okocia został ostatecznie najstarszy syn sędziego, Zygmunt. A Kurdymokszty, Rymieć i okolice znalazły się w rękach Aleksandra juniora. Najmłodszy, Jerzy, miał być spłacony przez Zygmunta, ale tymczasem wybuchło powstanie styczniowe i wiele spraw się skomplikowało.


Po upadku powstania, Zygmunt, który jako członek stronnictwa Białych brał udział w cywilnych władzach województwa suwalskiego, obawiając się represji, zdecydował się na emigrację do Wielkiego Księstwa Poznańskiego, nie zważając na pogarszający się stan majątków i kłopoty ze spłatą długów. Żeby zasłonić się przed wierzycielami, fikcyjnie wydzierżawił Trakiany i Okocie najmłodszemu bratu, a przekazując mu też majątek ruchomy, uważał, że spłacił zaległą część spadku Jerzemu. Gdy Jerzy zaczął gospodarować w majątku, uznał, że pora założyć rodzinę, gdyż po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Petersburskim na wydziale prawa i kameralistyki (zarządzania), jego sytuacja wciąż nie była ustabilizowana.

W 1870 roku Jerzy Gutt ożenił się z Ludwiką Ilcewiczówną, córką prezydenta Suwałk, panną bardzo patriotyczną i utalentowaną muzycznie. Gdy w 1871 roku rodził się mój dziadek, Jan Stanisław (Stanisław to po Moniuszce, bardzo zaprzyjaźnionym z rodziną Ilcewiczów kompozytorze), interesy zaczęły iść krytycznie źle i wierzyciele, poczuwszy się oszukiwanymi, wystąpili przeciwko Zygmuntowi i Jerzemu na drogę sądową. Sąd w 1872 roku ustanowił nad Trakianami kuratora, a Zygmunt powrócił na stałe do kraju. Jerzy z żoną i maleńkim synem uznali, że nie mają już co tu robić i że trzeba szukać zajęcia gdzie indziej. Poprzez stare znajomości ojca z rodziną hrabiów Tołstojów, Jerzemu udało się otrzymać posadę plenipotenta Lwa Tołstoja i wyjechał z rodziną na całe 12 lat do Jasnej Polany i Bogoduchowa w guberni Orzelskiej. Tam urodziła się w 1873 roku ich córka Maria, a w 1882 roku Zofia.


W 1883 roku Guttowie wrócili z Rosji i szukali miejsca, w którym mogli by osiąść. Początkowo chcieli kupić dom w Suwałkach, ale ponieważ w sądzie guberni Radomskiej wakowało miejsce pomocnika sędziego, a w majątku Regów nieopodal Kozienic i Radomia gospodarowała owdowiała siostra Jerzego, Maria, rodzina zdecydowała się przenieść do Radomia. W 1889 roku Jerzy Gutt został sędzią gminnym w Bodzentynie, ale dopiero decyzja o wyjeździe do Gostynina i przejęcie w 1893 roku kancelarii notarialnej po Ludwiku Ulejskim ustabilizowało interesy rodzinne na dłużej.

 

Gostynin, ul. Kutnowska 20. Tu znajdowała się kancelaria notarialna pradziadka. 


Grób pradziadka na cmentarzu w Gostyninie.


Wróćmy teraz do Jana Stanisława i jego sióstr. Mój dziadek do dwunastego roku życia kształcił się w szkołach w Rosji. Po powrocie do "Kraju Nadwiślańskiego" (jak mówili Rosjanie) ukończył edukację maturą i wyjechał do Warszawy kontynuować naukę w szkole nauk technicznych Jerzego Kuehna. W 1890 roku wstąpił na znane kursy ogrodniczo-pszczelnicze Lewickiego na Koszykowej, które ukończył z odznaką w 1891 roku. Lewicki zapamiętał młodego, obiecującego pszczelarza, bo w 1894 roku wysłał go z misją do Topczydaru pod Belgradem w celu uzdrowienia tamtejszych pasiek i krzewienia pszczelnictwa. Jerzy  napisał stamtąd obszerne sprawozdanie do wydawanej we Lwowie prasy pszczelniczej, szczegółowo omawiając zły stan pasiek i swoją ciężką pracę. Dziwne, że nie poświęcił ani słowa ciekawostkom turystycznym, jak byśmy dziś powiedzieli, a więc pałacowi królewskiemu, szkole rolniczej czy słynnemu monastyrowi, a choćby nawet linii tramwajowej łączącej Topczydar z Belgradem. Młody był i skupiony na zadaniu, które otrzymał.


Po roku pracy w Serbii Jan wrócił do rodziny do Gostynina. W 1895 r. wspólnie bawili się przy wigilijnym stole. Siostra Marysia, o dwa lata od niego młodsza, była świetną partnerką do różnych zabaw. Zosia, o dziesięć lat młodsza, była jeszcze dzieckiem. Rezultatem tych wspólnych wieczorów przy rozwiązywaniu szarad była nagroda Satyrycznego Kalendarza Polskiego redagowanego przez Or-Ota na 1995 rok.
Maria i Jan zdobywają nagrodę za rozwiązanie szarady, 1896 rok.


Nie mając wystarczających funduszy na samodzielne wydzierżawienie folwarku, w którym mógłby prowadzić swoją pasiekę i sady owocowe, Jan rozglądał się za posadą ogrodnika w różnych majątkach. Z pomocą przyszła mu ciotka Maria Lewicka, siostra jego ojca.

Boguszówka dzisiaj.


Lewicka była wdową, osobą bezdzietną lecz bardzo rodzinną. Posiadała duże dobra w powiecie kozienickim, znane głównie z hodowli koni.  Konie z Regowa zdobywały nagrody na licznych wystawach rolniczych. W skład dóbr regowskich wchodził również folwark Boguszówka, położony mniej więcej o kilometr drogi na południe od znanego sanktuarium maryjnego w Wysokim Kole. Lewicka oddała ten folwark bratankowi w dzierżawę. Jan dał się tam poznać jako zdolny ogrodnik i sadownik, którego szkółka drzew owocowych w 1897 roku była jedną z najlepszych w guberni radomskiej.


Ten długi wstęp był konieczny, żeby doprowadzić nas do wydarzeń, będących właściwym tematem artykułu. W 1899 roku niespodziewanie umiera ojciec. Jan zmuszony jest zaopiekować się matką i siostrami. Boguszówka nie jest właściwym miejscem dla rodziny, albo przynajmniej tak się Janowi wydaje, więc w pobliżu szuka majątku, który mógłby samodzielnie wydzierżawić. I znajduje go w Mszadli, parafia Janowiec, nieopodal Zwolenia. Majątek jest duży, Jan potrzebuje pomocy wykwalifikowanego ogrodnika, sam również poświęca się pracy, pisze też do „Ogrodnika Polskiego” o swoich osiągnięciach. Matka i siostry chyba zaakceptowały nowe miejsce, ale zdają sobie sprawę, że są dla Jana ciężarem.
Mszadla   1899-1913.


Zamek w Janowcu, kościół parafialny u stóp wzgórza zamkowego.


W tym czasie Marysia poznała w Warszawie młodego medyka, Mariana Barlickiego. Urodzony w 1865 roku, w 1898 roku uzyskał dyplom lekarza na Uniwersytecie Warszawskim. Jak się poznali, nie wiem. Julian Kulski, działacz społeczny znany jako prezydent Warszawy w latach okupacji, tak pisze w swoich pamiętnikach: „”Urodziłem się w Warszawie (5 grudnia 1892) przy ulicy Żurawiej 25, gdzie wtedy zamieszkiwali rodzice... Zajmowaliśmy skromne jednopokojowe mieszkanko z kuchnią na parterze w oficynie. Podobny lokal na pierwszym piętrze nad nami zajmował student medycyny, a następnie lekarz – Marian Barlicki. On to ratował mnie, gdy zjeżdżając po poręczy drewnianych schodów, wiodących z podwórza do klatki schodowej, spadłem tak nieszczęśliwie, że uległem skomplikowanemu złamaniu piszczeli w pobliżu kolana. Doktor Barlicki zestawił mi nogę bardzo umiejętnie...” I dalej: „Nie wiem, czy znajomość moich rodziców z doktorem Marianem Barlickim nawiązała się dopiero z powodu okazanej mi pomocy lekarskiej, czy raczej już dawniej z racji bliskiego sąsiedztwa, ani też kiedy rodzice zetknęli się po raz pierwszy z bratem doktora, Norbertem, podówczas, tj. w latach 1900-1904, studentem prawa uniwersytetu warszawskiego.”


I tak się sprawy potoczyły, że Maria Ludwika Guttówna i Marian Barlicki zdecydowali się na zawarcie małżeństwa. Ślub, jak to zwykle bywa, odbył się w kościele parafialnym panny młodej, a więc w Janowcu,  siedzibie parafii, do której należała Mszadla.   
Akt ślubu, Janowiec 26.10.1901 r.


Wyobrażam sobie ten wieczór, sobota 26 października 1901 roku o godzinie piątej po południu, a więc już po zachodzie słońca, kościół janowiecki u stóp góry zamkowej. Wśród gości Ludwika  z Ilcewiczów Guttowa z córką Zofią, Maria z Guttów Lewicka, być może Kuczyńscy z Koroszczyna, pewnie Plewińscy, z którymi wkrótce rozpocznie się spór o Regów, rodzina matki panny młodej - Ilcewiczowie, rodzina pana młodego - Barliccy. Świadkami byli – stryj panny młodej Adam Ilcewicz, lekarz weterynarii zamieszkały wówczas w Łowiczu, oraz jej brat Jan Stanisław Gutt, gospodarz Mszadli. Ślubu udzielali kapłani ks. Henryk Radoszyński i ks. Antoni Ostrach. Po ceremonii orszak ślubny udał się do dworu brata panny młodej, po drugiej stronie wzgórza zamkowego.


Barliccy jeszcze do 1906 roku mieszkali w Warszawie, gdzie Marian był lekarzem w szpitalu Dzieciątka Jezus. Później przenieśli się do Dąbrowy Górniczej, gdzie Barlicki został chirurgiem w szpitali św. Wincentego. Niestety Maria zmarła w listopadzie 1923 roku. Nie mieli potomstwa. Marian był później dyrektorem szpitala św. Wincentego, a po 1936 r. dyrektorem Zjednoczonego Szpitala św. Wincentego i św. Barbary. Zmarł 28 grudnia 1939 roku.


Jan Gutt gospodarował w Mszadli jeszcze do 1913 roku, po czym wydzierżawił majątek Radkowice między Bodzentynem a Starachowicami od Jerzego Kriedenera i w ten sposób następne lata jego życia związały się z Górami Świętokrzyskimi i z rodziną Rykowskich. Ale to już zupełnie inna historia.

czwartek, 7 września 2017

Historia pewnego mazurka

Najstarszy syn sędziego Aleksandra Gutta i Marianny z Referowskich, właścicieli Trakian i Okocia w Guberni Suwalskiej, od urodzenia świetnie się zapowiadał. Zygmunt rozwijał talenty muzyczne i literackie, pasjonował się polityką, dzielnie zajmował się rolnictwem po przejęciu ojcowskich majątków. Był oczkiem w głowie dla rodziców oraz wzorem dla rodzeństwa, które podporządkowywało mu się w każdej sprawie.

Jako dwudziestolatek Zygmunt próbował swych sił w muzyce - grał na fortepianie, komponował miniatury muzyczne, które następnie wydawał ojcowskim nakładem. W 1851 roku wydał zbiór kontredansów. które w Kurierze Warszawskim z 9 grudnia 1851 roku anonsowano następująco:



Po 30 kopiejek! Za to w kronice towarzyskiej Kuriera Warszawskiego z 8 lutego 1852 roku czytamy o pojawieniu się w składzie nut Friedlejna nowej kompozycji Zygmunta, mazurka dedykowanego księżniczce Amelii Ogińskiej, wnuczce wielkiego Michała Kleofasa, rówieśniczce i sąsiadce Zygmunta z Wiejsieji - dóbr Ogińskich, położonych w pobliżu Okocia Guttów i Justyanowa Abłamowiczów.


Skąd ta dedykacja - mogę się tylko domyślać. Nie wiem jak i kiedy młodzi się poznali, ale ojciec Zygmunta, sędzia Aleksander, gdy jeszcze był adwokatem w Suwałkach, dobrze znał ojca Amelii, ks. Tadeusza Ogińskiego, którego spotykał często w Justyanowie u Abłamowiczów. Była to bliska znajomość, jeśli nie zażyłość. Książe Ogiński był świadkiem na ślubie siostry Aleksandra, Ludwiki, ze Stanisławem Polkowskim, zawartym w kościele w Kopciowie, i gościem na ich weselu w Justyanowie, gdzie Ludwika mieszkała po śmierci pierwszego męża, Adama Brekowskiego.

Tadeusz Ogiński był synem ks. Michała Kleofasa Ogińskiego i jego pierwszej żony, Izabeli Lasockiej. Urodzony w 1798 roku był o cztery lata starszy od Aleksandra. Ożenił się z Marią von Roenne, z którą miał trzy córki - Natalię, Gabrielę i właśnie Amelię. Amelia otrzymała zapewne imię, a także talent muzyczny, po swojej ciotce, przyrodniej siostrze Tadeusza, Amelii Załuskiej, znanej pianistce i kompozytorce.



Zygmunt Gutt, przystojny, elokwentny i równie utalentowany sąsiad, a przy tym rówieśnik, chętnie popisywał się przed Amelią, ale nie miał żadnych szans matrymonialnych u arystokratycznej panny. Amelia wyszła za mąż za hrabiego Witolda (drugie imię Zygmunt!) Wołłowicza i żyła długo i szczęśliwie. 



A Zygmunt zmarł w styczniu 1882 roku w Trakianach, pochowany został w Okociu. Rok przed nim zmarła w Wiejsiejach u Ogińskich wcześniej wspomniana ciotka Zygmunta, Ludwika Polkowska. Czy mazurek był grany przez Amelię i czy jakieś kopie jego nut gdzieś się jeszcze plączą na tym świecie - nie wiem... dźwięczy mi tylko w uszach pożegnanie ojczyzny, najsławniejszy utwór dziadka Amelii.