wtorek, 1 sierpnia 2017

Przyczynek do sporów o kamienicę Gutta w Wilnie (cd.)

Jakiś czas temu pisałem, że po śmierci Edwarda Gutta dom w Wilnie dostał się w ręce jego bratanka Zygmunta, który zmarnował spadek przez nieszczęśliwe transakcje z hr. Rajnoldem Tyzenhauzem ( http://guttowie.blogspot.com/2013/11/spory-o-kamienice-gutta.html ). Dziś wiem, w jaki sposób to Zygmunt stał się jedynym sukcesorem stryja i dzisiejsza opowieść będzie o spadkobraniu.
Warto tu przypomnieć, że Guttowie nie byli rodziną osób długowiecznych. Dziadek Edwarda, Georg Gottlieb z Brodnicy, żył zaledwie 51 lat. Ojciec, aptekarz Jerzy Teofil, został zamordowany w wieku 69 lat. Ale starsi bracia i siostry Edwarda żyli jeszcze, gdy w końcu 1861 roku beniaminek, zatwardziały kawaler, umarł bezdzietnie, mając zaledwie 55 lat  (Aleksander zmarł w 1862 r., Anna Malinowska w 1863, Ferdynand w 1872 r. a Ludwika Polkowska w 1881 r.).
Tuż przed śmiercią, podczas pobytu u brata Aleksandra i jego syna Zygmunta w Trakianach w lipcu 1861 roku, Edward własnoręcznie spisał testament, w którym uczynił Zygmunta jedynym spadkobiercą. Wspomniałem już, że Edward nie miał żony ani dzieci, ale żyło wtedy czworo jego rodzeństwa, żyły też inne dzieci jego rodzeństwa. Wyraźne, staranne, równe pismo, przypominające pismo z jego listów do domu w czasach misji perskiej, raczej wyklucza fałszerstwo. Ale jakby spodziewając się problemów, testator zastrzega wielokrotnie, że jest w pełni władz fizycznych i umysłowych, nikt na niego nie wywiera nacisku, dokładnie zna skutki spisywanej decyzji i kategorycznie wyraża swoją wolę. Z resztą przeczytajmy sami:


Dla zupełnej pewności, że nikt nie zechce podważać takiego testamentu, na jego odwrocie pozostali synowie Aleksandra - Aleksander junior z kurdymokszt oraz Jerzy bez ziemi - też złożyli deklaracje poparcia dla decyzji stryja, podpisując je własnoręcznie. Poświadczając, że osobiście był obecny przy spisaniu testamentu, Aleksander junior podpisał swoją deklarację data późniejszą o ponad dwa tygodnie! 


W pół roku później stryj już nie żył, a testament został ogłoszony i w Wilnie, i w sądzie w Suwałkach. Co było dalej, wiemy. Ale kto wymyślił tę operację i dlaczego, nadal nie jesteśmy pewni. Według jednej z hipotez pomysł pochodził od sędziego Aleksandra seniora, który wiedząc o zbliżającym się odejściu brata, chciał ułatwić przyszłe postępowanie spadkowe, wcześniej fikcyjnie ograniczając liczbę spadkobierców - przecież i tak wszystko pozostanie w rodzinie - i skłaniając brata do takiego zadysponowania swoim majątkiem. Mogło to również mieć na celu uniknięcie ujawnienia wśród powołanych do spadku emigranta politycznego, jakim był stryj Ferdynand. Zgoda sióstr i szwagra, Mikołaja Malinowskiego, opierała się zapewne na spłaceniu ich roszczeń wcześniej, po śmierci ich ojca Jerzego. 
Dobre chęci Aleksandra jednak obróciły się przeciwko rodzinie. W rok po śmierci Edwarda umarł Aleksander senior, pół roku później zmarła Anna Malinowska. Rozpoczęło się powstanie styczniowe i wystąpiły trudności w komunikacji między Królestwem a Litwą. Zygmunt przystąpił do konspiracji i pośredniczył w zaopatrywaniu powstańców w broń, wskutek czego po powstaniu czasowo wyemigrował do Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Aleksander junior, skompromitowany adresami do cara, przeżywający problemy rodzinne, wycofał się z życia. Jerzy po ślubie z córką prezydenta Suwałk, Ludwiką Ilcewiczówną, wyjechał za chlebem do Rosji - zatrudnił go Lew Tołstoj do obsługi prawnej Jasnej Polany. Hrabia Tyzenhauz, który kupił dom w przeddzień powstania, pieniądze za niego złożył w prykazie, gdzie czekały na powrót podejrzanego o współpracę z rządem powstańczym właściciela z zagranicy. A resztę historii znamy z wcześniejszych notatek ...
http://guttowie.blogspot.com/2013/11/spory-o-kamienice-gutta.html

wtorek, 28 marca 2017

Chrzciny w Justyanowie

Zagadkowa to sprawa, dziwny to był rok - ten 1836. Po ślubie patrona przy Trybunale Cywilnym  Aleksandra Gutta z Marią z Referowskich, wdową po Gustawie Myszkowskim, który odbył się w 1829 roku, w Suwałkach rodziły się ich kolejne dzieci: Maria w 1830 r., Zygmunt w 1831 r., Aleksander jr. w 1833 r., Stefania w 1834 r. W 1836 r. Maria oczekiwała narodzin kolejnego potomka.
Guttowie utrzymywali kontakty towarzyskie z rodzinami członków miejscowej palestry i władz wojewódzkich, miejscowej inteligencji i okolicznego ziemiaństwa. Jeszcze zanim Aleksander senior poślubił Marię, jego starsza siostra, Ludwika, żona Adama Brekowskiego, urzędnika Komisji Wojewódzkiej, zaprzyjaźniła się z Ignacym i Anną Abłamowiczami z majątku Justyanów w powiecie sejneńskim. Adam i Ludwika pobrali się w Wilnie w 1827 roku, a już w 1828, kiedy Adam Brekowski niósł do chrztu Mariannę Abłamowiczównę, Ludwika była serdeczną przyjaciółką Anny, swojej rówieśnicy.
Aleksandrostwo Guttowie poznali w Justyanowie między innymi książąt Ogińskich, właścicieli sąsiednich dóbr Wiejsieje, oraz Stanisława Polkowskiego, komisarza obwodu sejneńskiego. Po śmierci Adama Brekowskiego w marcu 1833 roku, Ludwika wyjdzie powtórnie za mąż właśnie za tegoż Stanisława. Ale nie uprzedzajmy wypadków.
W 1835 r. w listopadzie został zamordowany w Wilnie ojciec Aleksandra. Wypadałoby jechać, organizować pogrzeb, nadzorować postępowanie spadkowe. Tymczasem żądania spadkowe postawione przez Aleksandra i Ferdynanda konfliktują ich z rodziną pozostającą w Wilnie, siostrami Anną, żoną Mikołaja Malinowskiego, i owdowiałą Ludwiką. Ferdynand jest za granicą, Aleksander oczekuje narodzin kolejnego dziecka. Nadchodzi marzec 1836 r. Maria jest w ósmym miesiącu ciąży, trudno jej poruszać się, ale czuje się silna. Ma przecież dopiero 26 lat. 
W Justyanowie radość, dnia 3. marca Ignacemu i Annie Abłamowiczom urodził się syn, Kazimierz Tadeusz Xawery. Na szybki chrzest goście byli od pewnego czasu przygotowani, więc już następnego dnia w kościele parafialnym w Kopciowie zebrali się według aktu chrztu: Ignacy i Anna z Hoffmanów Abłamowiczowie, Kazimierz Wolmer (z Hołn), Antoni i Katarzyna z Abłamowiczów Kruszewscy, książę Tadeusz i księzna Maria Ogińscy, Aleksander i Maria z Referowskich Guttowie oraz Stanisław Polkowski.


Wkrótce po tej podróży, 23 kwietnia Maria Guttowa też urodziła syna, Jerzego Edwarda. W spisanym rok później akcie chrztu ksiądz Makowski napisał z wyczuwalnym przekąsem: "...którego akt dla prawnych interessów i niebytności Oyca w domu aż teraz zapisanym został". 
Rozumiemy te "prawne interessa", ale nie przeszkodziły one w szybkim wypadzie z oczekującą rychłego rozwiązania żoną do Justyanowa na chrzest dziecka przyjaciół. Odłożenie niemal o rok chrztu własnego syna pozwoliło wszakże, by Ferdynand, który zatrzymał się u brata w Suwałkach 26 lutego 1837 roku, w drodze powrotnej do Wilna, został ojcem chrzestnym mojego pradziadka, który otrzymał na chrzcie imiona - pamiątkę po swoim zamordowanym dziadku Jerzym i po swym "orientalno - dyplomatycznym" stryju Edwardzie. 




To nie koniec wydarzeń towarzyskich 1836 roku. Stanisław Polkowski, który w marcu został chrzestnym Kazimierza Abłamowicza, w czerwcu ożenił się z Ludwiką z Guttów, wdową po Adamie Brekowskim, siostrą mecenasa Aleksandra. Ślub odbył się w kościele w Kopciowie, a świadkami byli niemal wszyscy, zebrani wcześniej na chrzcinach Kazimierza Abłamowicza - ks. Ogiński, Wolmer,  Kruszewski i brat nowo-zaślubionej Aleksander. Z aktu ślubu dowiadujemy się też, że Ludwika mieszkała w dworze w Justyanowie. Musiała się tam zatrzymać niedawno, bo po śmierci Adama Brekowskiego wróciła do Wilna i mieszkała tam w domu swego ojca aż do jego tragicznej śmierci w 1835 roku.




Stosunki Aleksandra i Ludwiki Polkowskiej z Abłamowiczami trwały wiele lat i przeniosły się na pokolenie synów Aleksandra. Józef Abłamowicz był bardzo zżyty z Zygmuntem Guttem. A co się stało z Kazimierzem, chrześniakiem Marii Guttowej? Kilkadziesiąt lat później, na weselu jednej z Abłamowiczówien z Borewiczem, widzimy na rodzinnej fotografii w Justyanowie (jednej z ostatnich przed sprzedażą majątku) tego właśnie Kazimierza siedzącego na trzecim krześle od lewej, obok swojej żony Józefy:

Wesele J. Abłamowiczówny z Borewiczem  1—Kazimierz Abłamowicz, 2—Marja jego żona, 3—ich córka Wanda, 4—ich syn Ignacy, 5—Józef Abłamowicz, 6—jego żona Józefa, 7—Ada i 8—Hela, ich córki Foto © Dominik Abłamowicz |
 

niedziela, 22 stycznia 2017

Powstanie styczniowe 1863


Konflikty na tle politycznym wewnątrz rodzin to nie jest zjawisko występujące tylko w czasach obecnych. Opiszę tu przypadek, jaki miał miejsce w mojej rodzinie podczas powstania styczniowego 1863 roku. W wyniku tego konfliktu jeden z członków rodziny został niemal wymazany z pamięci przyszłych pokoleń. A był to konflikt między stryjami mojego dziadka, Zygmuntem i Aleksandrem juniorem.
Alexander Gutt ojciec, radca Prokuratorii KP, zmarł na początku grudnia 1862 roku. Jego starsi synowie od kilku lat samodzielnie gospodarowali w swoich majątkach: Zygmunt w Trakianach w powiecie kalwaryjskim, a Aleksander junior w Kurdymoksztach w powiecie sejneńskim. Najmłodszy, Jerzy, mój pradziadek, po studiach prawniczych w Petersburgu zamieszkał u Zygmunta w Trakianach. Powstanie zaskoczyło ich w toku postępowań spadkowych, podziału majątku, regulowania wzajemnych należności, więc naturalnie nie mogło być, przynajmniej na razie, sprawą priorytetową.
Młodzi Guttowie poparli reformy Wielopolskiego, pisze o tym Zygmunt w jednej z broszur ("Pokój w Villa-Franca, jego wpływ na sprawy europejskie", wyd. Z. Gerstmann, Bruksela-Lipsk, 1864), które wydawał już po upadku powstania, będąc na emigracji. W wyborach samorządowych w 1861 roku Zygmunt został wybrany do Rady Powiatowej Sejneńskiej oraz Rady Gubernialnej Guberni Augustowskiej z powiatu augustowskiego. Sympatyzował ze stronnictwem Białych i był przeciwny wybuchowi powstania w ówczesnych warunkach.
Po wybuchu powstania Biali wstrzymywali się z jego poparciem aż do momentu dyplomatycznych wystąpień Francji, Anglii i innych krajów zachodnich z Watykanem włącznie w obronie Polski w nocie z 17 kwietnia 1863 r. i włączyli się m.in. w organizację struktur cywilnych powstania.
Jak pisał Oskar Awejde w swoich zapiskach, Zygmunt Gutt, ziemianin z powiatu kalwaryjskiego, został komisarzem wojewódzkim po Cyrjaku Accordzie, kiedy ten został mianowany komisarzem Dyrekcji.





Awejde jednak zaświadcza, zapewne w trosce o bezpieczeństwo niektórych osób, że "... Zygmunt Gutt żadnego udziału w rewolucji nie wziął... (gdyż) rodzina Guttów znana była z tego, że jest jedną z najbardziej zdecydowanie występujących przeciw powstaniu."

Z drugiej strony wiadomo, że w majątku Zygmunta, w folwarku w Okociu, w kaplicy na cmentarzu rodzinnym przechowywano broń dla powstańców (https://lt.wikipedia.org/wiki/Akuo%C4%8Diai). A w końcu czerwca rozegrała się w jej sąsiedztwie, na polach wsi Staciszki, krwawa bitwa między regularnymi oddziałami rosyjskimi a partyzantami pod dowództwem Pawła Suzina (http://www.info.kalisz.pl/utwory/konopnicka/jak%20suzin%20zginal.htm).

To tu, gdzie dziś widać pozostałości grobu Aleksandra ojca oraz Zygmunta Guttów, stała kaplica, w której ukrywano broń dla powstańców.

Nic dziwnego, że Majątek Zygmunta Gutta odwiedzały oddziały rosyjskich pacyfikatorów. Jedną z takich przygód opisuje "Dziennik Poznański" z 21 listopada 1863 r. Na szczęście skończyło się tylko na aresztowaniu nauczyciela, obrabowaniu wsi i zarekwirowaniu koni Gutta.


Przejdźmy do średniego z braci Guttów, Aleksandra juniora. Po ukończeniu studiów rolniczych w warszawskim Marymoncie, po ożenieniu się z panną Heleną Kujawską, przejął od ojca majątek Kurdymokszty z okolicznymi wsiami w powiecie sejneńskim. Do pewnego momentu Aleksander był krytyczny ale lojalny wobec powstania, aż późną jesienią 1863 roku Murawiew rozpoczął akcję zmuszania różnych środowisk do pisania adresów wiernopoddańczych do cara, w których potępiały one powstanie i odżegnywały się od niego. Aleksander poddał się wywieranejj na niego presji, a wytknął mu to w grudniu 1863 r, "Dziennik Poznański"


Nieco więcej o kulisach wymuszania takich aktów pisała krakowska "Chwila" już w styczniu 1864.


Aleksander rzeczywiście pojechał do Wilna. Mamy tego ślad w korespondencji rodzinnej. Aleksander spotkał się tam ze swoim wujem, Mikołajem Malinowskim, który o spotkaniu wspomniał w liście do swojej szwagierki, ciotki Aleksandra, Ludwiki Polkowskiej w grudniu 1863 r.



Nie wiemy, czy twierdzenie "Dziennika Poznańskiego" o tytule kamerjunkra była prawdziwa, ale w 1867 roku Komisja Likwidacyjna przekazała mu 10 tysięcy rubli srebrem tytułem odszkodowań za regulację spraw włościańskich, co prawdopodobnie wystarczyło na pokrycie zadłużenia dóbr w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim.
Nieszczęśliwie potoczyło się natomiast jego życie rodzinne. Rozwiodła się z nim żona, Helena, żeby w 1873 rokku wyjść za mąż za bohatera antycarskich zajść w Suwałkach w 1861 roku, Ksawerego Lineburga z Filipowa.
Zygmunt przekazał kierowanie dobrami Trakiany najmłodszemu z braci, Jerzemu, mojemu pradziadkowi, i udał się na emigrację, gdzie intensywnie pisał pamflety wychwalające Napoleona III i Bismarcka, a atakujące Rosję i carat. Po powrocie i utracie zadłużonych Trakian osiadł w wydzielonym z dóbr folwarku Zygmuntowo, gdzie zmarł w styczniu 1882 roku.
W kwietniu 1882 w Warszawie nagle zmarł Aleksander. Pochowany został na Powązkach, a więc nie w grobie rodzinnym w Okociu,, obok ojca i brata. Jeszcze przez dwa następne pokolenia w rodzinie przekazywana była opinia - "uważaj, co robisz, bo skończysz jak nieszczęsny Aleksander".



środa, 12 października 2016

Synowie aptekarza

Wileński aptekarz Georg Gottlieb Gutt (1766-1835) pochodził z kalwińskiej rodziny, w której tradycyjnie pierworodny syn otrzymywał imię, które było jakby manifestem religijnym - Georg Gottlieb (Jerzy Teofil). Tak miał na imię jego ojciec i dziadek. Co się stało, że żaden z synów aptekarza nie otrzymał tego zestawu imion?

Stary Gutt wcześnie opuścił rodzinną Brodnicę, by uczyć się aptekarstwa w Gdańsku, wreszcie osiadł na resztę życia w Wilnie. Jego żoną była Teresa z Fiszerów. Jej ojciec, Jan Fiszer (zm. 1812) był prawdopodobnie Czechem, matką była Teresa z Olszewskich. 

Ich pierworodny, urodzony w 1800 roku, otrzymał imię Ferdynand. Jak się domyślamy, na pamiątkę urodzin cesarzewicza austriackiego Ferdynanda I Habsburga, który przyszedł na świat w 1793 roku, i jako cesarz Austrii, król Węgier i Czech nazywany był później Dobrotliwym (der Gütige). Nieszczęśliwy ten władca cierpiał na liczne choroby i niedorozwój umysłowy. Pewnie nie miało to żadnego wpływu na fakt, że Ferdynand Gutt uzyskał doktorat z medycyny na Uniwersytecie wileńskim i był niezłym lekarzem. Dlatego wielu ubolewało, że związał się z mistrzem Andrzejem Towiańskim i bardziej poświęcił się misji religijnej niż swej profesji. A propos misji, o czym już tu pisałem, doktor Ferdynand był obecny w Pradze na koronacji króla czeskiego Ferdynanda Habsburga. Czy obaj Ferdynandowie się spotkali? Nie sądzę. W związku z ograniczeniami fizycznymi i umysłowymi pomazańca, w jego imieniu rządziła rada regencyjna, a praktycznie stryj Ludwik. Ferdynand Dobrotliwy abdykował w 1848 roku, a zmarł w Pradze w 1875 roku.

Koronacja Ferdynanda Habsburga na króla Czech w 1835 r.

Drugi syn Georga Gottlieba urodził się w 1802 roku i otrzymał imię Aleksander. A był to rok przypadający tuż po tym, w którym dobry car Paweł został skrytobójczo zamordowany, a jego miejsce zajął młody i obiecujący Aleksander I Romanow. W 1801 roku przyszły Lew Europy i pogromca Napoleona I był gwiazdą pokoju, zawarł traktat z Francją i z Prusami, a w kręgu Uniwersytetu wileńskiego widziano w nim dobroczyńcę i opiekuna. Dlatego prawdopodobnym jest, że Aleksander Gutt swoje imię dzielił z tym wielkim władcą Rosji i krajów ościennych. Aleksander został prawnikiem i do końca życia pracował w służbie administracji sądowej Królestwa Polskiego - początkowo jako patron Trybunału Cywilnego w Suwałkach, później sędzia do szczególnych poruczeń w Komisji Rządowej Sprawiedliwości w Warszawie, wreszcie jako radca Prokuratorii Królestwa Polskiego. Cieszył się powodzeniem w życiu zawodowym i obywatelskim, a zmarł w 1862 roku, w niespokojnym okresie radykalizacji polskich poddanych nowego cara Aleksandra II, też imiennika mojego prapradziadka.

Aleksander I w towarzystwie Fryderyka Wilhelma i Luizy Pruskiej składa hołd prochom Fryderyka Wielkiego

Najmłodszy syn Georga Gottlieba urodził się w 1806 r. i otrzymał imię Edward. Przedziwnym zrządzeniem losu imię, które nosił także ówczesny książę Kentu i Strathearn Edward August Hanowerski, później ojciec królowej Wiktorii, wyznaczyło los Edwarda Gutta. Najmłodszy z braci Guttów w tym pokoleniu miał talent do języków, co sprawiło, że w latach 1828-1831 studiował języki wschodnie, zwłaszcza perski, w elitarnej szkole języków wschodnich przy ministerstwie spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego w Petersburgu. Był kolegą szkolnym Aleksandra Chodźko, z którym po studiach pracował w rosyjskim poselstwie dyplomatycznym w Persji. Edward, jako dragoman - więc oficjalnie tłumacz języków orientalnych - zyskał sobie zaufanie szefa poselstwa, hr. Simonicza, oraz nowego szacha Persji Mohammada z dynastii Khadżarów. Uzyskał duże wpływy w otoczeniu szacha w okresie oblężenia przez wojska perskie twierdzy Herat w Afganistanie i był jednym z graczy w intrydze, której głównym aktorem był Jan Witkiewicz. Wydarzenia te stały się źródłem konfliktu dyplomatycznego między Anglią i Rosją, którego skutkiem było odwołanie Simonicza, oraz doprowadziły do pierwszej wojny afgańsko-angielskiej. Edward ks. Kent and Strathearn już wtedy nie żył, ale awantura, w której powtarzało się imię "Edouard Goutte - adept of intrigue" przetoczyła się echem przez brytyjski parlament i znalazła odbicie w licznych londyńskich wydawnictwach towarzyszących debacie. Edward Gutt zakończył misję w Persji w 1842 roku i powrócił do rodzinnego Wilna, gdzie przez rodzinę nazywany był Persem. Nie ożenił się, a jego szwagier, Mikołaj Malinowski, żartował, że po Persjankach żadna Polka nie była w stanie mu się spodobać.

 Edward ks. Kent and Strathearn





czwartek, 11 sierpnia 2016

Kilka słów o północnych powiatach guberni augustowskiej - Aleksander Gutt Sr.

W końcu lat 40-tych XIX wieku sędzia Aleksander Gutt Sr. mieszkał w Warszawie, gdzie początkowo pracował w Komisji Rządowej Sprawiedliwości, a później w Prokuratorii Królestwa Polskiego. Jednocześnie zarządzał aktywnie swoimi majątkami w guberni augustowskiej, dziś położonymi przy zachodniej granicy Litwy  - kluczem Kurdymokszty/Okocie w powiecie łoździejskim oraz kluczem Trakiany w powiecie kalwaryjskim. Stąd jego tekst w wydawanych przez hr. Andrzeja Zamojskiego "Rocznikach Gospodarstwa Krajowego" w tomie X z 1847 roku, str. 275-288, opisujący tamtejszą przyrodę, ludność i gospodarkę. Wybaczmy mu nieco zbyt poetycki jak na sędziego styl, ale pamiętamy, że w młodości pisał wiersze i przyjaźnił się z Filomatami. Oto jego głos:


















czwartek, 31 marca 2016

Dzieje dobroczynności w Wilnie

Działalność filantropijna w Wilnie w pierwszej połowie XIX wieku rozwijała się bardzo intensywnie i stała się wręcz towarzyską modą. Wielkie zasługi miało w tym dziele Towarzystwo Dobroczynności, skupiające najzamożniejszą i najznakomitszą warstwę obywateli miasta. Towarzystwo prowadziło dom i dostarczało posiłki dla ubogich (tzw. 1. wydział), oraz świadczyło bezpłatną pomoc prawną i rozjemczą (tzw. wydział 2). Ale najciekawsza z mojego punktu widzenia była inicjatywa dr. Józefa Franka, profesora medycyny na Uniwersytecie wileńskim, który po raz pierwszy w Wilnie zorganizował bezpłatną pomoc lekarską i farmaceutyczną dla ubogich, początkowo świadczoną odrębnie, a w końcu włączoną jako tzw. wydział 3. Towarzystwa Dobroczynności.

W periodyku "Dzieje Dobroczynności" z 1820 roku czytamy: 
"Wedle ustaw Towarzystwa, do wydziału trzeciego należy bezpłatne dostarczanie ubogim rady medyczney i lekarstw, a fundusz z koncertów amatorskich na jego dochód był wyłącznie po dawnemu zostawiony. Pierwszy zawiązek Towarzystwa nastąpił w dniu 7 kwietnia 1807, a zwyczay dawania takich koncertów na fundusz pomocy lekarskiey dla ubogich, zaprowadzony już był w mieście naszem od początku roku 1805. Ponieważ w tem oprócz ważney przysługi dla cierpiącey ludzkości, zawierają się jeszcze i inne względy dla kraju pożyteczne, przeto ściągające się do tego okoliczności warte są osobliwey uwagi."

"W Wilnie na dniu 16 stycznia 1805 roku wyprawił Pan Frank najpierwszy koncert na rzecz szpitala sióstr miłosierdzia, i przez taką pomoc spodziewał się przyprowadzić go do lepszego porządku. Nie powiodł się jemu ten zamiar, ponieważ siostry odebrawszy pieniądze, oświadczyły, że same rozrządzą niemi jako swoją własnością, obracając na oplatę długów i na poprawę kaplicy: a tak nic nie przybyło dla chorych i szpital pozostał w dawnieyszym stanie. Co tym bardziey zniechęciło pana Franka, że summa otrzymana z koncertu była cale znaczną...

Po niepowodzeniu z siostrami Frank obmyślał inny sposób na objęcie ubogich opieką medyczną. Wkrótce przedstawił swój nowy projekt biskupowi wileńskiemu Janowi Kossakowskiemu w następującym piśmie z 27 lutego 1806 roku:
"... Przedkładam więc:
1). Ażeby dziesięć do dwunastu osób, ożywionych jednaką gorliwością, złączyło się i uformowało Towarzystwo , które mogłoby się nazywać Towarzystwem filantropicznem.
2). Ażeby to towarzystwo miało tym czasowie na celu dostarczenie bezpłatne lekarstw dla ubogich Wilna.
3). Ażeby każdy członek tego Towarzystwa zbierał na to przeznaczenie składkę pomiędzy znajomemi sobie osobami, i ażeby dochód z koncertów amatorskich stanowił tymczasowy fundusz tej kassy.
"

"Zastanówmy się teraz - pisał Frank do abp. Kossakowskiego - nad sposobem udzielania tey dobroczynney dla ubogich pomocy. Ja obowiązuję się wyznaczyć dwa dni w tygodniu, ażeby wszyscy chorzy opatrzeni od plebanów w świadectwa o swojem ubóstwie, przychodzili w godzinach pewnych do kliniki dla odbierania mojey rady. Examinować ich będę w obecności uczniów. Do protokołu zapiszą się ich imiona, mieysca pomieszkania itd., równie jak charakter chorób, jakiemi będą dotknięci. Zapiszę im prócz tego potrzebne lekarstwa, po które udadzą się do apteki akademickiey, a ta podawać będzie co miesiąc Towarzystwu rachunek, za którym odbierze od niego wypadającą zapłatę."

"W tymże 1807 roku, biskup Kossakowski, przywodząc do skutku założenie towarzystwa dobroczynności w Wilnie, żądał po Panu Franku, ażeby instytut swój połączył z tem towarzystwem, składając jego Wydział trzeci. A chociaż widział Pan Frank, że tym sposobem, instytut ten, jego pracą i staraniem utworzony i utrzymywany, miał połączyć się z innym zakładem obcym dla niego, okazał się jednak powolnym na naleganie biskupa, w przekonaniu snać, że większą znaydzie przed Bogiem zasługę, pracując pod cudzem imieniem i wyrzekając się wszystkiego, co utrzymywanie własnego zakładu, może mieć w sobie pochlebnem dla szczególney osoby. Nie dosyć tego. Nie tylko zgodził się na połączenie instytutu swojego z towarzystwem dobroczynności, ale obiecał nawet dać jemu większą rozciągłość, zakładając nowy instytut wakcynacji, i drugi jemu podobny przeznaczony do dawania. wsparcia niewiastom połogowym, pod tytułem instytutu macierzyństwa."

To jest dopiero początek XIX wieku, a tak wiele nowoczesnych rozwiązań. Mamy więc i zaświadczenie ubóstwa, upoważniające do bezpłatnych świadczeń, i dydaktykę w postaci udziału studentów w badaniu chorych, i refundację leków przez instytucję zasilaną ze składek, i upowszechnianie szczepień ochronnych, i objęcie ciężarnych i położnic fachową opieką medyczną.

Piszę o tym nie tylko dlatego, że jest to imponujące świadectwo stanu medycyny w Wilnie przed ponad dwustu laty, i świadectwo działalności Józefa Franka, wielkiego umysłu związanego z wileńskim Uniwersytetem, współzałożyciela Wileńskiego Towarzystwa Lekarskiego. Piszę, bo moja rodzina także aktywnie uczestniczyła w tym dziele, finansowo, rzeczowo i własną pracą. Aptekarz Jerzy Gutt był członkiem 3. wydziału w latach 1819-1821 i bezpłatnie corocznie przekazywał Towarzystwu leki o wartości 45 rubli srebrem, jego żona Teresa była członkinią Instytutu Macierzyństwa i opłacała składkę roczną 50 rs., ich syn Ferdynand, późniejszy towiańczyk,  był lekarzem opiekującym się chorymi w domu szpitalnym Towarzystwa. Zięć Jerzego i Teresy Guttów, Mikołaj Malinowski, był przez długie lata redaktorem pisma "Dzieje Dobroczynności". A w dodatku pierwszy redaktor tego periodyku, znany wileński typograf, Antoni Marcinowski, był ojcem Ludwiki Ilcewiczowej, mojej prababki (ale było to już pięćdziesiąt lat później i nie w Wilnie).  








środa, 3 lutego 2016

Genetyczna podróż przez wieki

Genealogia, jak by jej nie definiować, sprowadza się do dziedziczenia. Każdy z nas dziedziczy po swoich przodkach. Nawet jeśli ich nie znamy, nawet jeśli nie przekazali nam majątku, dokumentów, kultury - to zapisali w nas coś ważniejszego, mamy ich geny. Postęp techniczny sprawił, że od jakiegoś czasu możemy w tych genach czytać jak w archiwach, i dowiadujemy się o swoim rodzie często zadziwiających rzeczy.
Genealoga najbardziej pasjonują linie skrajne. Pierwsza to linia ojcowska, prowadząca od ojca do synów, a od synów do ich synów, i tak przez kolejne pokolenia. Od niedawna, bo od kilku wieków zaledwie, z linią ojcowską wiąże się dziedziczenie rodowego nazwiska. Drugą linią skrajną jest linia macierzyńska - prowadząca od matki do jej córek, i tak przekazywana dalej.
W badaniach nad dziedziczeniem genów zauważono, że linia ojcowska jest tożsama z dziedziczeniem chromosomu Y. Wszystkie mutacje, jakie pojawiały się i były dziedziczone przez kolejne pokolenia mężczyzn pochodzących od wspólnego przodka, są zapisem ich linii genealogicznych trwalszym, niż dokumenty archiwalne, a przede wszystkim sięgającym w przeszłość dalej, niż jakiekolwiek dokumenty pisane przez człowieka.
Dlatego spróbuję opowiedzieć, czego w tych genach dowiedziałem się  o najdawniejszym moim przodku, który urodził się mniej więcej 18 tysięcy lat temu, gdzieś na stepach środkowej Azji, z mutacją, zwaną dzisiaj R1a. W Europie kończył się właśnie cieplejszy okres drugiego pleniglacjału i wchodziliśmy w czas późnego glacjału. Polowaliśmy na mamuty, spotykaliśmy jeszcze naszych kuzynów neandertalczyków. 

 Rys. 1 Moja linia genetyczna (czerwony kolor). https://www.facebook.com/groups/R1a1a/

Na szczęście ostatnie zlodowacenie właśnie kończyło się, kiedy mniej więcej 14 tysięcy lat temu na świat przyszedł kolejny mój przodek, chłopiec z mutacją R1a-M448. Zaczynała się piękna era kamienia łupanego, początek holocenu, ery współczesnej.
A gdy minęło kolejnych 6 tysięcy lat, urodził się jego prawnuk z mutacją R1a-M198 (inaczej określaną jako R1a1a). Były to czasy istnienia kultur proto-miejskich w Anatolii, dobrze rozwiniętych i ludnych. Niestety, moi przodkowie już wtedy mieli do czynienia z ociepleniem klimatu i stepowieniem środowiska, toteż w poszukiwaniu lepszych miejsc do życia ruszyli szlakiem nad Morzem Czarnym w kierunku Europy. Europa, jak zwykle, była nieprzygotowana do przyjęcia tłumu uchodźców. Wtedy to, około roku 4500 p.n.e. urodził się kolejny mój pradziad, z mutacją R1a-M417, którego synowie byli już w pełni Europejczykami. Dalej posłużę się tekstem internauty z portalu historycy.org (http://www.historycy.org/index.php?showtopic=72935&st=15), który dość wyczerpująco opisał losy moich przodków po 4500 r. p.n.e.

"Dla klanu R1a-R1a1a można więc już nakreślić taką linię rozwoju i migracji:
Hotu Cave - co najmniej 20000 lat temu, Hotu przedceramiczne - 10000 lat temu, Catal-Hoyuk (Anatolia) - 6900 p.n.e.
KCWR (kultura ceramiki wstęgowej rytej) - 5500-... p.n.e.
KCWK (kultura ceramiki wstęgowej kłutej) - 4600-4400 p.n.e.
KPL (kultura pucharów lejkowatych) - 4000-2700 p.n.e.
KCSz (kultura ceramiki sznurowej) - 2900-2350 p.n.e.
 
Kultura ceramiki wstęgowej rytej (KCWR) - przybycie R1a1a z Anatolii nad Dunaj.
Uważa się, że pierwsze neolityczne kultury pojawiły sie na Bałkanach w czasie od 7000-6000 p.n.e. (grecka Nikomedia, Lepiński Wir, Wincza). Odpowiada to wiekowi R1a1a w tym rejonie. W Serbii, w miejscowości Białowoda, związanej z kulturą Vincza, najstarsze wyroby z miedzi datowane są na około 5000 lat p.n.e. Biorąc pod uwagę ten czas, można dopatrzyć się pochodzenia przerobu miedzi z Catal-Hoyuk. Naddunajska kultura ceramiki wstęgowej rytej (KCWR) rozwija sie w latach 5500-4500 p.n.e. i przechodzi ona w kulturę ceramiki kłutej (KCWK) w dorzeczach Łaby i Wisły. Rozprzestrzeniła się od południowo-zachodniej Ukrainy aż poza Ren, blisko Paryża. Z KCWR związane są inne "naddunajskie" kultury: Rossen, Lendziel, Cucuteni-Trypolska i inne.

Ludność zarówno KCWR, jak i KCWK kraniometrycznie jest odpowiednikiem Hotu i Catal-Hoyuk, a nośnikiem tej kraniometrii jest klan R1a1a. Więc nie ma podstaw, aby KCWR lub KCK przypisywać nieokreślonej populacji nieindoeuropejskiej. Jeśli następnie przyjmuje sie, że język klanu R1a1a w neolicie był indopeuropejski, dokładniej: aryjski, to także i język Catal-Hoyuk musi być uważany za indoeuropejski. Nie było też wtedy możliwości przejęcia języka od klanu R1b1b2, a tym bardziej od I1 lub I2. Ci ostatni byli rozproszeni, prowadzili łowiecko-zbieracki tryb życia, byli daleko mniej liczni, a język ich nie był sprawny w życiu kultur, którymi żył klan hodowców-rolników R1a1a. Co więcej, nic nie przeszkadza przyjąć, że już język przedceramicznej Hotu był wcześnie-indoeuropejski.

Kraniometrycznie czaszki Ariów, typu śródziemnomorskiego, choć wyszły od kromaniowców, nie mają już żadnego do nich podobieństwa. Długi czas migracji, a zwłaszcza przebywania na Irańskim Płaskowyżu, ukształtował i utrwalił ich nowy, śródziemnomorski fenotyp. Jednak kraniotypy KCWR i KCWK wykazują, że istniało współżycie z autochtonami-kromaniońcami. Tym samym upada teza o agresywnym przybyciu "sznurowców" do Europy Środkowej. Po prostu nie było wzajemnego ich wybijania się. Do zmiany populacji w tym rejonie Europy przyczynił się nie tylko klan R1a, lecz także i żeńskie mito H. Np. we francuskiej osadzie Buy, mtH wzrosła z 20 procent na początku neolitu do 75 procent w brązie.
 
Kultura ceramiki wstęgowej kłutej (KCWK).
Nazywana następczynią kultury ceramiki wstęgowej rytej, kultura ceramiki wstęgowej kłutej (KCWK), powstała w rejonie średniego Dunaju, była upowszechniona w Czechach, Austrii, Polsce i Wschodnich Niemczech, z wyraźnym kierunkiem na dół wzdłuż Wisły i Łaby. Datowana jest na lata 4600-4400 p.n.e. Na wczesnym etapie kultura ta towarzyszyła ludziom z kraniometrią aryjską (można już powiedzieć: słowiańską), a tylko w Niemczech nad Łabą dochodziło do zlewanie się z autochtonami-kromaniowcami. Nawet na wyspie Gotland stara mitochondrialna grupa rolników aryjskich wystąpiła w 15 procentach populacji neolitycznej. W miejscu pojawienia się KCWK, w Czechach, występuje kraniometryczny typ spotykany u Ariów na Płaskowyżu Irańskim i w Anatolii. W miarę przesuwania się tej kultury w dorzecze Łaby i wraz z upływem czasu parametry czaszki na terenie Niemiec ulegają kromanionidacji w 29 procentach; na krańcach tej kultury Ariowie zostawiali tylko 20 procent swojego śladu w kraniometrii. Jak widać, nie ma potwierdzenia eksterminacji starych populacji europejskich przez aryjskich przybyszów. Kultura KCWK dośc szybko ewoluowała w kulturę pucharów lejkowatych.

Kultura pucharów lejkowatych (KPL).
Uważa się, że ludzie kultury pucharów lejkowatych (KPL, niem. TRB), panującej w czasie 4000-2700 p.n.e., jako pierwsi wprowadzili bydło rogate do Europy Północnej i Południowej Skandynawii - około 3950 p.n.e. (gdy jeszcze było piesze przejście). Nieco później pojawiły się tam polerowane kamienie, topory i megalityczne grobowce (ani czasowo, ani kraniometrycznie nie można tych elementów łączyć z populacjami R1b1b2; nie było już wtedy, od około 3500 p.n.e., pieszego przejścia z Brytanii). Kultura Ertebolle, jako niższego rodzaju, nie mogła zrodzić KPL.

Kromaniońcy Ertebolle mieszali się z ludźmi nowej kultury, ale niezbyt blisko, skoro kraniotyp aryjski nie uległ większym modyfikacjom. W połowie czasu KPL jej ludność cechują te same parametry kraniometryczne: wysokość twarzowa, szerokość orbit ocznych i marker nosowy, co w czasie jej przybycia nad Dunaj. Z biegiem czasu zmieszanie się populacji aryjskiej z autochtonną tak w Niemczech, jak i w Skandynawii i - według innych badań - także w Anglii sięga, według danych kraniometrycznych, około 50 procent. Jest to kolejne potwierdzenie przyjaznego wkroczenia ludności aryjskiej do Europy.

W samej Szwecji w populacji KPL wysoki procent kraniotypu aryjskiego, bo 58%, można łatwo wytłumaczyć znanym zjawiskiem obniżenia płodności w związkach mężczyzn klanu I z przybyłymi z południa kobietami mtH. Niepłodność ta mogła sięgać 22,5 procent, co oznacza, że w 40 pokoleniach autochtonnych haplogrup I mogłoby zostać tylko kilka procent. Ilustracja tego procesu jest fakt, że na izolowanej wyspie Gotland, gdzie nie dotarły aryjskie mitoH, linie klanu I1 przetrwały w 84 procentach.

Inne dunajskie kultury.
a) Wielka, choć tajemnicza, kultura Cucuteni-Trypolska (4200-2750 p.n.e.), długotrwała, ze znacznym udziałem elementów kultury protomiejskiej, typu wschodniośródziemnomorskiego; wykryto w niej znaczny udział ludności aryjskiej; w badaniach kraniotypów jej liczebność sięga około 50 procent (druga polowa to paleoeuropeoidy klanu I).
b) Najpierw kultura badeńska (KB), której gałęzią węgierska jest kultura pecelska, lata 3600-2800. Szeroko rozprzestrzeniona, bo od austriackiego Baden do Zachodniej Ukrainy. Jeden osiągalny kraniotyp (pecelski) wskazuje 80-90 procent typu aryjskiego rolnika.
c) Tu można też wspomnieć i kulturę vucedolską w Chorwacji, w latach 3000-2600 p.n.e. Nie udało się znaleźć czaszki i zyskać kraniometrii, ale miała ona udział w formowaniu iliryjskich plemion. Czas pojawienia się tej kultury zbiega się z datą wejścia klanu R1b1b2 na Bałkany - około 3000 p.n.e."

Tu przerwę internaucie. Otóż wszystkie te dokonania, opisane wyżej, można przypisać moim kuzynom, którzy są również potomkami mojego przodka, u którego zaszła mutacja R1a-Z282 około 3500 lat p.n.e. i kuzyna z innej linii, u którego zaszła mutacja R1a-L664. Potomkowie owego kuzyna to dzisiejsi potomkowie niektórych plemion germańskich. Inny z braci, u którego zaszła mutacja R1a-Z93, najwyraźniej obraziwszy się na rodzinę, zawrócił ok. 3500 roku p.n.e. na stepy, dając początek linii azjatyckiej naszego rodu - ludom scyto-sarmackim i aryjsko-irańskim. Natomiast mój przodek, ze swoją charakterystyczną mutacją R1a-Z280 prowadził swoją gospodarkę na żyznych ziemiach naddunajskich, produkując swoją ceramikę, ozdobioną odciskami sznura.

Powróćmy do internauty:
"Kultura ceramiki sznurowej.
Wielka i szeroko rozprzestrzeniona kultura ceramiki sznurowej (KCSz) była w Europie Środkowej długotrwała, bo w zależności od regionu istniała w czasie od 3250 (Górna Łaba i Solawa, choć świeże znaleziska grobowe KCSz w Szczytnej na Podkarpaciu datowane jest na ponad 4000 p.n.e) do 1800 p.n.e. Przez wielkiego antropologa K. Coon'a została określona mianem "reketier (gangster) neolitu". A to chyba z dwóch powodów. Po pierwsze z powodu popularnych u nich kamiennych "toporów", które nazwano bojowymi. Poza tym zauważono jakby brak ciągłości ich kraniometrii i szkieletów z poprzednimi populacjami, która jakoby oznaczała szybką, w ciągu zaledwie dwóch pokoleń, wymianę ludności.
Otóż z danych kraniometrycznych wynika, że inspirowała ją nowa fala rolników z południa, odróżniającym się wysokim współczynnikiem wysokości czaszki, cechującym południowców, w przeciwieństwie do niskiego w poprzednich populacjach aryjskich. Szybkie ich nadejście tłumaczy się tym, że zostali oni z Bałkanów wypchnięci przez napływające populacje klanu R1b1b2. Fizycznie człowieka KCSz określa się dość sprzecznie jako typ "krępy śródziemnomorski", a więc smukły-krępy, gdy tymczasem cechy jego pierwotnej śródziemnomorskości zostały połączone ze znaczną krępowatością ("robustność") dopiero pod koniec kultury, po znacznym zmieszaniu się z kromaniońcami na terenie Niemiec i Rosji. Już sam fakt owego demograficznego mieszania się z kromianiońcami świadczy, że KCSz nie nadużywała swoich "toporów bojowych".
Głośną osadą kultury ceramiki sznurowej i ludzi klanu R1a1a stało się Eulau nad Salawą (Niemcy), gdzie na archeologicznym cmentarzysku KCSz, datowanym izotopowo na 2600 p.n.e., w 2005 r. rozpoznano szkielet ojca i dwóch jego synów, z haplogrupą R1a1a (W. Haak et al. 2008 r.).
Na rzecz ciągłości ludności KCSz z poprzednimi aryjskimi, kulturą pucharów lejkowatych czy kulturą ceramiki wstęgowej, przemawia, oczywiście kraniometria. Na początku tej kultury różnica polegała tylko na nieznacznie większym wymiarze wskaźnika wysokości sklepienia czaszki, zresztą nierasowego. Natomiast znaczna dolichocefalność populacji KCSz w Czechach to rezultat zmieszania ludzi wcześniejszej kultury ceramiki wstęgowej klutej z lokalnymi kromaniońcami. Podobne procesy zmiany w starszych kulturach aryjskich w Środkowej Europie spowodowały różnicę w kraniometrii względem tych, którzy pozostali w rejonie Balkanów i przybycie na północ opóźnili o kilka tysięcy lat.
Szybkie ich wejście na ten teren też świadczy o tym, że przyszli oni do swoich, weszli w tereny poprzednich kultur swoich aryjskich współplemieńców razem: KCWR, KCWK, KPL i KB. To ciekawe, że obydwa tereny pokrywają się geograficznie. Na tle ludności autochtonnej w Polsce obserwuje sie wyraźny wzrost klastra Ariów. Gdy w czasach kultury ceramiki wstęgowej rytej ludność aryjska sięgała u nas 42 procent, to za KCSz ilość ta wzrosła do 69 procent (pozostałe 31 procent to kromanioidalni poprzednicy i lapoidalni przybysze z północnego wschodu.
Na terenie polskim kraniotypy "sznurowców' odznaczały się wysokim wkładem typu aryjskiego, bo prawie 70 procent, dzieląc resztę na paleoeuropoidalne kraniotypy kromaniońców północnych Niemiec oraz laponoidalnych wołosowców z Niziny Rosyjskiej.
O utrwalonym już osadnictwie aryjskim w środkowej Europie świadczy tern fakt, że nasuwające się z zachodu obce kultury, jak unietycka czy lateńska raczej nie zmieniła proporcji demograficznej. Na całym terenie kultury unietyckiej Czech (Czechy, Polska pd.-zach., Austria i Niemcy) w kulturze unietyckiej kraniotyp aryjski występuje w 50 procentach (pozostała połowa to autochtonni kromaniońcy i KPDz R1b1b2), podczas gdy w "celtyckiej" kulturze lateńskiej np. w Czechach - w 67 procentach.
W sumie więc jest jasne, że "sznurowcy", jak i pozostałe aryjskie kultury neolityczne Środkowej Europy przybyły przez Bałkany i Anatolię, i wszystkie z najwyższym współczynnikiem wysokości sklepienia czaszki (87,6), w czym wyróżnili sie szczególnie sznurowcy."

Rys. 2 Mutacje w kladzie Z280. Linia czerwona to moja linia genetyczna.
https://www.facebook.com/groups/R1a1a/

Powróćmy teraz znów do historii mojej rodziny. Bracia mojego przodka z mutacją R1a-Z280, około 3000 r. p.n.e., mieli duże skłonności do podróżowania po Europie. Jeden z nich, ten z mutacją R1a-Z284, dotarł do północnych wybrzeży Bałtyku, dając początek późniejszym Wikingom, we wczesnym średniowieczu siejącym  postrach rozbójnikom morskim i założycielom sprawnie gospodarujących osad. Drugi z braci, mający mutację R1a-M458, osiedlił się na nizinach środkowopolskich, i jego dalecy potomkowie stanowią dzisiaj większość Polaków. Moi przodkowie zostali nad Dunajem na dłużej, chociaż w 2500 r. p.n.e potomstwo pradziada z mutacją R1a-CTS3402 dało początek kilku grupom krewnych, które rozeszły się na północ od Karpat, nad Wołgę i na Pomorze Bałtyckie. Mój pradziad, po którym dziedziczymy mutację R1a-Y2613 żył nad Dunajem w 1000 r. p.n.e., ale wiele przemawia za tym, że na progu Nowej Ery jego wnuk o mutacji R1a-Y2608, a później, około 500 r. n.e. jego potomstwo z mutacją R1a-YP614, czyli moi pradziadowie, powędrowali, jedni w kierunku wybrzeża dalmatyńskiego, drudzy w kierunku Moraw, Czech i Bawarii, a jeszcze inni, pewnie w kupieckich interesach, Wisłą ku jej ujściu. I tak zapewne wyglądała droga mojej rodziny do miejsca, w którym dzisiaj żyję. Być może wolałbym ciepły klimat południa, ale i moim północnym kraju jest pięknie. Tylko że mało mam tutaj genetycznych kuzynów. Najstarszym udokumentowanym moim dziadkiem był żyjący w pierwszej połowie XVIII wieku w Brodnicy Georg Gottlieb Gutt. Jego wnuk, też Georg Gottlieb, uchodził wśród swoich znajomych za Bawarczyka, tak przynajmniej przekazali w źródłach. Jego syn Ferdynand, bawiąc w Czechach w 1835 roku opowiadał o czeskim pochodzeniu rodziny. Skąd to wiedział, źródła nie przekazały. Poprzestańmy zatem na skonstatowaniu względnej spójności ustnego przekazu rodzinnego z historią zapisaną w genach, oraz na marzeniu, żeby udało się wyjaśnić lukę między owym domniemanym 500 r. n.e., kiedy żył R1a-YP614, a 1729 rokiem, kiedy urodził się Georg syn Georga.